wodospad łez Athor Lisad szkatuła z grythollow

Wodospad łez

ROZDZIAŁ ÓSMY: Wodospad Łez

Dwudziesty drugi dzień drogi — wąwóz i wodospad

Za stepem, za skałami szarymi jak chmury przed deszczem, droga schodziła w wąwóz.

Athor szedł przodem i milczał, bo to co widział przed sobą odebrało mu ochotę na mówienie o czymkolwiek innym.

Wąwóz był głęboki — ściany skalne wspinały się po obu stronach, pokryte mchem i paprociami w odcieniach zieleni, których Athor nawet nie znał nazw. Na dnie płynęła rzeczka cicha i przejrzysta, z kamieniami na dnie tak wyraźnymi jakby patrzył przez szkło. Na kamieniach rosły rośliny wodne — długie zielone wstęgi falujące w nurcie jak coś śniącego pod wodą.

Drzewa po obu stronach były różnorodne — tu stara lipa o pniu grubym jak wóz, tam grupka smukłych jesionów rosnących blisko siebie jak ludzie, którzy szepczą. Ściany wąwozu były porośnięte pnączami w ciasną tkaninę zieleni. Między nimi ptaki śpiewały bez przerwy, kilka gatunków naraz, każdy swoje, razem tworząc coś czego żaden z osobna nie planował.

— Ooooo — powiedział Ravelin.

— Ooooo — zgodził się Kael.

Szli wąwozem przez godzinę, zatrzymując się co kilkaset metrów. Athor normalnie nie popierał przystawania, bo czas był ich wrogiem — ale tu pozwolił. Bo były rzeczy, których przyspieszanie nie miało sensu.

Dominatica białe PNG przezroczyste favi

Głowy pojawiły się, gdy wąwóz się zwęził.

Najpierw jedna — po lewej, tam, gdzie ściana skalna tworzyła naturalną niszę. Wyłoniła się z zieleni powoli, jak coś odkrytego a nie postawionego. Głowa o wysokości piętnastu metrów, zbudowana z bloków kamiennych ułożonych jeden na drugim — każdy blok inaczej zwietrzały, z różnymi wzorami spękań i porostów.

Twarz ludzka. Nie konkretna — raczej archetyp twarzy: wysokie czoło, szerokie kości policzkowe, usta zamknięte z kącikami które mogły być uśmiechem lub wyrazem stoickiej obojętności. Oczy zamknięte.

Potem druga głowa, po prawej. Trzecia. Czwarta.

Stały po obu stronach wąwozu jak kamienne warty patrząc na coś czego już nie było — bo oczy były zamknięte lub wybite przez czas. Przez tysiąclecia wąwóz brał swoje. Kamienie zsuwały się, całe partie twarzy obwaliły się zostawiając czarne plamy pęknięć. Gdzie bloki poprzesuwały trzęsienia ziemi, rysy twarzy straciły symetrię — jeden władca miał lewe oko wyżej niż prawe, inny usta skrzywione w wyraz jakiego raczej nie zamierzał wiecznie wyrażać.

W zagłębieniach, gdzie tworzyły się półki skalne — ptaki. Gniazda z mchu i gałęzi w oczodołach i na łukach brwiowych. Pnącza wspinały się po policzkach i brodach, i gdzieniegdzie małe drzewko wyrosło z rysy w czole, z korzeniami trzymającymi się skały jak palce chcące czegoś pewnego.

Athor szedł między nimi i czuł to co zawsze czuł przy starych budowlach — szacunek dla czasu i jego cierpliwości.

Oni też mieli misje, pomyślał. I skończyli w kamieniu wąwozu.

Z pomiędzy głów widać było wodospad.

Był daleko — może dwieście metrów. Ale widać go było wyraźnie, bo świecił.

Nie metaforą — dosłownie. Popołudniowe słońce wchodziło do wąwozu, pod kątem który zdarzał się może kilka razy w roku, i każda kropla spadającej wody stawała się pryzmatem. Ten wodospad miał coś więcej — może minerały w skale, może skład wody — w każdym razie świecił białoniebieskim blaskiem, który wyróżniał go od szarego kamienia i zieleni jak coś co nie powinno tu być, a jest.

— Co to jest — powiedziała Daliana cicho.

— Wodospad Łez — powiedział Athor.

— Dlaczego Łez?

Athor milczał przez chwilę.

— Bo kiedyś ktoś tu płakał — powiedział. — I historia została.

— Czyja historia?

Athor patrzył na wodospad.

— Córki namiestnika Grythollow — powiedział. — To stara opowieść. Mówiło się, że była piękna i nieustraszona i że kiedy banda drauwarynów otoczyła ją na koniach na górze wodospadu — nie dała się pojmać. Skoczyła.

Cisza.

— Skoczyła — powtórzyła Daliana.

— Z samej krawędzi. Cała załoga zamku opłakiwała ją tu, przy tym wodospadzie, bo ciało poniosła rzeka. Stąd nazwa.

Liriona patrzyła na wodospad bez słowa. Esma też milczała.

Merid stał przy krawędzi ścieżki i patrzył na wodę kocimi oczami człowieka, który lubi rzeczy precyzyjne i piękne — i tym razem jedno i drugie dostał w jednym miejscu. Wskoczył na poprzedzające wodospad skały kocim ruchem i stał tak wpatrzony w wodę, z wiatrem który przy wodospadzie zawsze był, poruszającym jego ubraniem.

— Straszna historia — powiedział w końcu Kajust.

— Wolna — powiedział Athor.

Kajust spojrzał na niego.

— Co?

— Wolna historia. Wybrała, jak umrze. — Athor ruszył ścieżką ku wodospadowi. — Mało kto ma ten wybór.

Przy wodospadzie zatrzymali się dłużej niż Athor planował.

Ale też nie zarządził odejścia.

Rozlewisko przed wodospadem — sto metrów szerokie, z lśniącymi roślinami, pod wodą które nadawały całej powierzchni zielonkawy blask — było takim miejscem, w którym zarządzanie odejścia wymagałoby twardości której Athor tego popołudnia nie miał.

Siedzieli na kamieniach i patrzyli.

Wodospad miał siedemdziesiąt metrów szerokości i spadał może pięćdziesiąt metrów — nie pionowo, lecz po załomach, rozbijając się w kilku miejscach na skalnych półkach i tworząc mniejsze kaskady boczne, każda z własną mgłą i własną tęczą przy odpowiednim kącie światła. Cała ta masa wody robiła dźwięk, który nie był hałasem — był raczej basowym tonem, który przepełniał wąwóz i wchodził człowiekowi w klatkę piersiową i tam zostawał.

Daliana zdjęła buty i weszła po kostki w rozlewisko. Woda była zimna — widać to było po tym jak wciągnęła powietrze — ale nie wyszła. Stała i patrzyła na wodospad i jej twarz miała ten spokój, który mają twarze przy wodzie, gdy umysł przez chwilę przestaje pracować i tylko jest.

Kael usiadł na kamieniu za nią i patrzył na jej plecy.

Athor to widział.

I widział też jak Kael odwrócił wzrok, gdy Daliana się obróciła.

Niedobrze, pomyślał znowu, tak samo jak wcześniej przy skale Jangala. Bardzo niedobrze.

Dominatica białe PNG przezroczyste favi

Wspinaczka na górę wodospadu zajęła godzinę.

Droga szła zakosami — nie stromo, ale wytrwale, z różnicą wzniesień ponad dwustu metrów. W rynnach skalnych zalegał tu i ówdzie stary śnieg z poprzedniej zimy, który dotrwał do lata w cieniu i był teraz szary i twardy jak kamień. Powietrze robiło się chłodniejsze z każdym sto metrów.

Arvend szedł z tyłu i mamrotał.

— Trzecia góra w tym tygodniu — mówił do siebie lub do nikogo. — Kto wymyśla takie misje. Człowiek normalny siedzi przy porcie i łowi ryby i nie wspina się na żadne —

— Arvend — powiedział Kael przed nim.

— Co?

— Oddychaj między słowami.

— Oddycham.

— Słyszę, że nie.

— Bo ty słyszysz źle.

— Słyszę dobrze. Maszerujesz jak Strzygoń z pełnym ładunkiem.

— Bo jestem jak Strzygoń z pełnym ładunkiem! — warknął Arvend. — Ważę tyle co —

— Tyle co dobry Strzygoń — powiedział Kael bez odwracania się.

— Miałem powiedzieć tyle co dwóch porządnych żołnierzy.

— To samo.

— Kael.

— Co?

— Zamknij się.

Kael zamknął się, ale uśmiechnął się do ścieżki przed sobą.

Ravelin który szedł za Arvendem i słyszał całość powiedział:

— Jak mało będziesz jadł to będziesz lżejszy.

— A jak ty będziesz mało gadał to będzie ciszej — odparł Arvend.

— Sprawiedliwe — przyznał Ravelin.

— Nie będę mniej jadł — powiedział Arvend po chwili. — Człowiek musi jeść. To jest jedna z niewielu przyjemności, które zostały mi po tym jak przestałem pić.

— Przestałeś pić? — zapytała Liriona z przodu.

— Trzy lata temu.

— I nie żałujesz?

— Piję wodę i jestem wściekły — powiedział Arvend. — Jak piłem to byłem pijany i byłem wściekły. Nie ma różnicy.

— Jest jedna różnica — powiedział Kael.

— Jaka?

— Teraz pamiętasz, że jesteś wściekły.

Arvend zastanowił się nad tym przez kilkanaście kroków.

— Racja — powiedział. — To chyba gorzej.

Śmiech przy wspinaczce jest trudny, bo wymaga powietrza, którego przy wspinaczce brakuje. Ale wszyscy się śmiali — nawet Athor z przodu, choć od tyłu widać było tylko, że jego ramiona drżą.

Na górze zatrzymali się.

Widok był tym rodzajem widoku, który sprawia, że człowiek staje i nie mówi nic, bo cokolwiek by powiedział byłoby mniejsze od tego co widzi.

Wodospad widziany z góry był inny niż z dołu — nie mniej piękny, lecz inaczej. Z dołu był wielki i głośny i obecny. Z góry było widać skąd przychodził — z rozległego plateau pełnego małych strumyków zbiegających się ku krawędzi, każdy ze swoją trajektorią, każdy ze swoją chwilą, gdy ziemia kończyła się i zaczynało powietrze.

Wąwóz pod nimi ciągnął się na trzysta metrów — z góry widać było kamienne głowy jak szachowe figury ułożone między zielonymi ścianami, widać było rozlewisko przy wodospadzie, i dalej, dalej — step i las Goszijn i na horyzoncie coś czego Athor nie mógł jeszcze rozpoznać, ale co wiedział, że jest górami.

Grythollow.

Jeszcze nie widać. Ale za górami, za przełęczą.

Blisko — i nie blisko.

Podeszła do niego Eliana.

Athor siedział na kamieniu przy krawędzi plateau, z nogami zwisającymi nad ścieżką i jadł suchary które zostały mu ze śniadania. Eliana usiadła obok, bliżej niż siadała zwykle.

Jej spiralne kolczyki kołysały się przy każdym ruchu głowy. Na dłoniach miała pierścienie — cztery na lewej, trzy na prawej — i bransolety, które przez cały dzień brzęczały przy marszu, a teraz w bezruchu milczały. Zamiast kija oparła ręce na kolanach i patrzyła na wodospad.

— Piękne — powiedziała.

— Tak — powiedział Athor.

Przez chwilę milczeli.

— Athorze — powiedziała Eliana.

— Mm.

— Masz żonę?

Krótkie pytanie. Athor jadł suchar.

— Miałem — powiedział.

— Co się stało?

— Odszedłem.

— Dlaczego?

Athor spojrzał na wodospad.

— Bo czas był — powiedział.

Eliana milczała przez chwilę.

— Tęsknisz?

— Nie.

— Wcale?

— Za Nasaisą? — Athor pokręcił głową. — Nie.

— To za czym tęsknisz?

Za Morandorem, pomyślał Athor. Za tym co mogło być. Za spokojnym porankiem z synem przy stole. Za ojcem, który uczył mnie stawiać mury. Za Kamilera który się śmiał zbyt głośno i przez to zawsze wygrywał.

— Za różnymi rzeczami — powiedział.

Eliana położyła mu rękę na udzie. Spokojnie, bez teatru.

— Mogłoby być inaczej — powiedziała. — Nie musisz być sam.

Athor patrzył na jej dłoń przez chwilę.

— Eliana — powiedział spokojnie.

— Co?

— Jesteś trzydzieści lat młodsza ode mnie.

— Wiem, ile mam lat.

— Wiem, że wiesz. — Athor wziął jej dłoń i odłożył na jej własne kolano, delikatnie, jak odkłada się rzecz wartościową na właściwe miejsce. — Jak będę chciał towarzystwa kobiety pójdę do domu publicznego w Grythollow. Będzie mniej skomplikowane dla nas obojga.

Eliana wstała.

Nic nie powiedziała. Odeszła ku reszcie drużyny z wyprostowanymi plecami i głową uniesioną dokładnie o tę wysokość, która oznaczała, że jest obrażona, ale nie pozwoli, żeby to było widać.

Athor zjadł resztę suchara.

Powiedziałem źle, pomyślał. Ale nie wiedziałem, jak powiedzieć lepiej.

Patrzył na wodospad, który świecił w popołudniowym słońcu, i myślał o dziewczynie, która skoczyła z tej krawędzi, żeby nie dać się ująć, i o tym, że wybór sposobu śmierci jest też rodzajem wolności.

Wstał i wrócił do drużyny.

Esital niech nas prowadzi!

Dominatica Esital PNG przezroczysty poziomy

Skrymfo!