Szkatuła z Grythollow

SZKATUŁA GRYTFOLLOW

Opowieść z krain Symalinu

To jest projekt wymyślony przez Wojciecha Domińczaka – szefa Creativity i Domina.

Jest to część większego projektu o nazwie Dominatica ale warsztaty i zajęcia będzie prowadziło Creativity. Domin udziela czasowej licencji spółce Creatvity.

To co widzisz niżej to pierwszy rozdział. Będzie on modyfikowany ale sama jego treść nie zmieni się. Modyfikacje będą kosmetyczne.

Podczas podróży z Kyreltis do Grythollow oraz w drodze powrotnej będziesz miał całą masę zadań rysunkowych za które dostaniesz złoto i klejnoty. Będzie Ci ono potrzebne żeby przejść kolejne rozdziały. Złoto i klejnoty zarabiasz za rysunki.

PROLOG

Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu — powiedział kiedyś Hegel, mając na myśli, że mądrość przychodzi dopiero gdy wszystko już się wydarzy. Athor Lisad myślał o tym zdaniu każdego wieczoru, gdy gasły ostatnie światła w Kyreltis i miasto oddawało się ciemności. Może właśnie dlatego rzadko sypiał przed północą. Wolał siedzieć przy oknie, obserwować ulice i zastanawiać się, czy to co widzi jest prawdą, czy tylko cieniem na ścianie platońskiej jaskini.

Tej nocy jednak nie było czasu na filozofię. Nazajutrz miał odebrać przesyłkę od namiestnika Eredona Falvasta i ruszyć w drogę do Grytfollow. Trzysta kilometrów. Tysiąc pięćset metrów w górę. I gdzieś za plecami — Gnabbur.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Loch Eredona — Dzień 1


Loch namiestnika pachniał starą skórą, woskiem i czymś jeszcze — jakimś ostrym, metalicznym zapachem, który szczypał w nozdrzach. Athor Lisad schodził po stromych kamiennych schodach, trzymając w lewej ręce pochodnię, prawą gotową zawsze do chwycenia za nóż przy pasie. Miał pięćdziesiąt lat. Każdy rok był wyryty gdzieś na jego twarzy — w zmarszczkach przy oczach, w głębokich bruzdach biegnących od nosa do kącików ust, w sposobie w jaki niósł swoje sto osiemdziesiąt cztery centymetry postawy: wyprostowany, ciężki, spokojny. Skórzana kurtka nabijana mosiężnymi ćwiekami szumiała lekko przy każdym kroku. Niewielki irokez, resztka dawnej brawury, sterczał między zakosami ciemnych włosów przyprószonych siwizną.

Krypta miała sklepienie krzyżowe, wsparte na gurtach z piaskowca. Żebra sklepień schodziły się w zworniku ozdobionym płaskorzeźbą — głową lwa z ludzkimi oczami. Athor spojrzał na nią przez chwilę. Oczy były zbyt ludzkie jak na lwa.

— Athorrze! — rozległ się głos z głębi pomieszczenia. — Nareszcie. Myślałem, że zbłądziłeś w moim labiryncie.

Eredon Falvast siedział na trójnożnym zydlu przy niskim stoliku zawalonym pergaminami. Miał sześćdziesiąt lat, długie siwe włosy z wyraźnymi zakosami zaczesane za uszy i twarz człowieka, który przez całe życie rozwiązywał problemy zanim ktokolwiek zdążył je zauważyć. Przed nim stała szkatuła.

Athor usiadł na drugim zydlu naprzeciwko i natychmiast zaczął lustrować pomieszczenie. Robił to odruchowo, jak żołnierz wchodzący do pomieszczenia, którego nie zna.

Wzdłuż ścian — rzędy szaf z ciemnego drewna, ich drzwiczki uchylone, a z nich wystawały grzbiety starych ksiąg i rolki pergaminów. Przy jednej ze ścian wisiało osiem pęków ziół: suszone łodygi z fioletowymi baldachami, coś czerwonego z długimi liśćmi, splątane korzenie o zapachu zgniłego drewna. Obok nich — preparat, zasuszony stwór o kształcie ryby, lecz z ośmioma kończynami, powieszony za ogon. Jego oczy, zasuszone w wyrazie zaskoczenia, patrzyły na Athora bez mrugania.

Na jednym ze słupów wisiała tarcza Eredona. Herb namiestnika przedstawiał ryba z głową orła — Aquilipiscis, stworzenie z legend Kyrelatii, które podobno raz na sto lat wyłaniało się z rzeki Sargonii i przepowiadało upadek dynastii. Wokół herbu biegł napis: *Czytam rzekę zanim zaleje kraj.* Athor przez chwilę zastanawiał się czy to ostrzeżenie, czy przechwałka.

W kącie, na kamiennym postumencie, stała ludzka czaszka. Dobrze wyczyszczona, polerowana, z małym świecznikiem wbitym w otwór na czaszkowy. Świeczka była do połowy spalona. Athor wiedział, co to znaczy. Był tu wcześniej o namiestnikach i ich zwyczajach — Eredon otruł swojego poprzednika przed czterema laty. Czaszka była rodzajem pomnika. Albo ostrzeżenia.

— Widzę, że studiujesz moją kolekcję — powiedział Eredon, nie patrząc na gościa. Zamieszał coś małą łyżeczką w gliniany kubku.

— Interesująca kolekcja — odparł Athor spokojnie. — Szczególnie ten eksponat przy postumencie.

— Mój poprzednik miał słabe serce — powiedział Eredon. — No cóż. Wszyscy mamy jakąś słabość.

Przez chwilę obaj milczeli. Athor patrzył na szkatułę.

Była prostopadłościanem nakrytym półokrągłym wiekiem, wykonanym z drewna tak czarnego, że pochłaniało blask pochodni zamiast go odbijać. Całą jej powierzchnię pokrywało stalowe okuciem — siatka, której wzór naśladował celtycką plecionkę, lecz żywa, skomplikowana, organiczna. Węzły plecionki tworzyły na rogach skrzynki wyobrażenia smoków wychylających głowy, a między splatającymi się pasami ukryto twarze — ludzkie, elfickie, orkowe — wszystkie wplecione w ornament tak, że przy pierwszym spojrzeniu były niewidoczne. Na wieku, po środku, widniała scena: jeźdźiec na koniu stojący przed wrotami twierdzy, a za nim słońce zachodzące między szczytami gór. Każdy szczegół — pióropusz na hełmie jeźdźca, blaszki napierśnika, kamienie ułożone w mur twierdzy — był wyryty z precyzją miniaturzysty. Okucie nie było lutowane ani nitowane. Stanowiło jedność z drewnem, jakby wyrosło z niego samoczynnie.

— Żeby ją otworzyć — powiedział Eredon, kładąc dłoń na wieku — trzeba włożyć cztery palce. Tylko Fango może to zrobić. Magia, którą ją zaplombowałem, rozpozna jego dłoń i tylko jego dłoń. Gdybyś ty spróbował — Eredon uśmiechnął się blado — byłoby nieprzyjemnie.

— A co jest w środku?

— Trzy fiolki. Płyn, który — gdyby trafił w nieodpowiednie ręce — mógłby zmienić bieg kilku wojen. Dostarczysz je Fango. To wszystko, co musisz wiedzieć.

Athor skinął głową. Ale jego oczy szybko przesunęły się po pomieszczeniu raz jeszcze. Zbyt wiele szafek. Zbyt wiele szkatułek podobnych do tej, choć mniej pięknych. Zbyt wiele dróg, którymi mógł wyjść z tego lochu człowiek, który nie chciałby, żeby Athor z niego wyszedł.

*Być czy mieć* — pomyślał. *Eredon ma wszystko. A mimo to chce więcej.*

— Wychodzisz jutro? — zapytał namiestnik.

— Dzisiaj w nocy — powiedział Athor, wstając i biorąc szkatułę. Była ciężka jak kamień i zimna jak stal. — Drogi muszę wybierać sam i sam też decyduję kiedy.

Eredon milczał przez chwilę, wpatrując się w ogień świecy.

— Oczywiście — powiedział w końcu. — Oczywiście.

Kiedy Athor wychodził, poczuł na plecach wzrok namiestnika. Długi i spokojny jak wzrok człowieka, który nie spieszy się, bo wie, że ma czas.

sklepienie krzyżowe rysunek
Eredon Falvast przygotowuje nieznaną miksturę

[Zadanie rysunkowe – narysuj Eredona Falvasta – zainspiruj się tym obrazkiem oraz poszukaj inspiracji w Internecie – za narysowanie Eredona dostaniesz 1 złotą monetę 🪙]

[Zadanie rysunkowe 2 – narysuj tę scenę ze obrazka długopisem – za zrobienie tego rysunku na formacie B2 dostaniesz 3 monety 🪙🪙🪙 – zbieraj je żeby mieć na przejście przez Most Kości]


ROZDZIAŁ DRUGI

Gospoda Pod Topielcem — Dzień 4


Rzeka Sargonia płynęła wzdłuż drogi jak leniwy strażnik — szeroka, brązowa, milcząca. Brzegi porastała gęsta trawa i łoziny, a co kilka kilometrów pojawiały się wierzbowe zarośla nachylone nad wodą jakby wsłuchiwały się w jej szept. Athor szedł ze swoją drużyną od trzech dni. Siedmioro ludzi za jego plecami: Eliana z kijem opartym o ramię, Daliana kroczącą obok siostry, Kajust ze swoją muskulaturą i mieczem, Liriona z łukiem na plecach i torbą ozdobioną piórami, Ravelin Thos na kasztanowym koniu, Merid Varn poruszający się jak cień, i Arvend — milczący, zawsze trochę z boku.

Gospoda Pod Topielcem pojawiła się o zmierzchu jak ciemna sylwetka nad zakrętem rzeki. Jej szyld — topielec z otwartymi ustami, namalowany grubą farbą na desce — kołysał się w wieczornym wietrze. Przy brzegu Sargonii cumowały dwie łodzie rybackie. Ktoś wyciągnął z wody coś ciężkiego — nie dało się zobaczyć co, ale kształt był zbyt symetryczny, żeby być pniem. Stąd ta nazwa.

— Wchodzicie? — mruknął Kajust, stając przy drzwiach. — Bo jeśli nie, to ja i tak wchodzę.

— Wchodzimy — powiedział Athor. — Ale słuchajcie. Oczy otwarte, usta zamknięte. Przynajmniej na początku.

Środek gospody uderzył ich ciepłem, hałasem i zapachem piwa zmieszanego z ziołami. Przy drewnianym słupie pośrodku sali stało trio wędrownych trubadurów: jeden z lutnią, której struny połyskiwały w blasku kaganków, drugi z długim drewnianym fletem, trzeci z bębenkiem naciągniętym na obręcz z kości. Grali coś żywego i szybkiego, a przy kilku stolikach klaskali im goście.

Między stolikami krzątała się kelnerka — młoda kobieta o ciemnych włosach spiętych chustą, z tacą balansującą na wyciągniętej ręce. Nosiła gliniane kubki z miodem pitnym, zielonym od ziół, parującym. Jej twarz była ładna i zmęczona zarazem. Poruszała się sprawnie, ale każdy jej ruch miał w sobie coś automatycznego, jakby ciało robiło to, czego duch już dawno odmawiał.

Rysunek Gospody
Wnętrze Gospody – za narysowanie jej na formacie B2 dostaniesz 5 złotych monet 🪙🪙🪙🪙🪙

Athor rozejrzał się. Pod lewą ścianą, w kącie, siedział człowiek z rogiem wypchanym miodem w ręku i tarczą opartą o kolano. Spał albo udawał, że śpi. Przy jego nodze leżał miecz w pochwie. Athor zmrużył oczy.

— Znam go — powiedział cicho do Eliany. — Siedź tu.

Podszedł do mężczyzny i klepnął go w ramię. Ten otworzył oczy — błękitne, przekrwione, lecz natychmiast skupione.

— Athor — mruknął mężczyzna. — A niech mnie. Ile lat.

— Siedem — odparł Athor, siadając naprzeciwko. — Co z tobą?

— Spalili mi wieżę — powiedział mężczyzna. Nazywał się Raul Vendthas, rycerz na wpół zapomniany, na wpół legendarny. Kiedyś chronił wschodnie przejścia przez góry. Teraz siedział tu z rogiem miodu i twarzą człowieka, który za dużo widział i za mało mógł zrobić. — Kilka dni temu. Nocą. Nie widziałem kto, ale tydzień przed tym stanąłem w obronie jednego przekupnia na drodze do Kyreltis. Naszło go czterech. Myślę, że to ci sami.

— Gnabbur? — zapytał Athor.

— Nie wiem. Ale w tamtej okolicy tylko Gnabbur tak robi.

[ Narysuj tę postać na A3 – dostaniesz 1 złotą monetę 🪙]

Athor pokiwał głową i spojrzał na ścianę. Myśl, która mu towarzyszyła od trzech dni, nabierała konturów. Ktoś wie, że wychodzi z Kyreltis. Ktoś obserwuje drogi.

W tej chwili drzwi gospody otworzyły się z głośnym trzaskiem.

Wszyscy umilkli. Nawet trubadurzy urwali w pół taktu.

Zadzior wszedł do środka. Był wysoki, kościsty, z torsem odsłoniętym mimo chłodnego wieczoru. Przez prawe ramię spływał mu ślad zaschniętej krwi — z tacy mięsa, które jadł prosto z rusztu gdzieś w drodze, nie przejmując się ściekami. Wokół bioder miał przewiązane szmaty i skóry, a przy boku miecz w pochwie tak brudnej, że trudno było powiedzieć z jakiego materiału jest zrobiona. Twarz miał wąską, z zapadniętymi policzkami i oczami zbyt blisko siebie — oczami człowieka, który patrzy na świat jedynie po to, żeby szukać w nim słabości.

Zadzior obszedł całą salę powoli. Nie zamawiał nic. Nie siadał. Tylko patrzył. Gdy jego wzrok zatrzymał się na chwilę na drużynie Athora, Kajust odruchowo sięgnął do rękojeści miecza.

— Spokojnie — powiedział Athor, nie podnosząc głosu.

— Ten typ mnie drażni — syknął Kajust przez zęby.

— On tu przyszedł patrzeć, nie walczyć — odparł Athor. — Za dużo nas jest. Zapamiętuje twarze.

Zadzior skończył obchód, skinął głową i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim. Po chwili trubadurzy zaczęli grać znowu.

W kącie przy kominku Athor zauważył zakapturzoną postać. Siedziała nieruchomo z kubkiem przy ustach, ale kubek był pełny. Nie piła. Patrzyła.

— Mamy obserwatora — powiedział cicho Merid Varn, który dosiadł się do stolika Athora nie wiadomo kiedy i skąd, jak to miał w zwyczaju.

— Widzę — odparł Athor. — Liriona.

Łuczniczka, siedząca trochę dalej, uniosła głowę. Warkocz opadł jej przez ramię, pióra przy torbie zadygotały.

— Sprawdź jutro rano — powiedział Athor. — Gdzie zakapturzony idzie. Albo skąd przyszedł.

Późnym wieczorem, gdy goście się przerzedzili, kelnerka podeszła do stolika Athora i stanęła bez słowa.

— Czego? — zapytał.

— Chcę ruszyć z wami — powiedziała. Jej głos był spokojny, bez próśb, bez łez. — Właściciel tej spelunki jest świnią. Raz już próbował mnie tknąć siłą. Nie chcę tu zostać i czekać aż spróbuje znowu.

Athor spojrzał na nią uważnie.

— Jak się nazywasz?

— Esma.

— Czy umiesz walczyć?

— Nie. Ale uczę się szybko.

Athor przez chwilę milczał.

— Wychodzimy o świcie — powiedział w końcu. — Przed świtem będziesz tu?

— Już jestem — odparła Esma i wróciła do swojej pracy.

Tymczasem gdzieś za gospodą, przy rzece, Zadzior spotkał się z dwoma ludźmi Gnabbura w ciemności między wierzbami. Mówił szybko i cicho.

— Ośmioro ich. Plus nowy, ten co był pod ścianą. Dziewięcioro łącznie.

— Zaplanowana zasadzka przy skałach nadal aktualna? — zapytał jeden z cieni.

— Gnabbur tak mówi. Przy skalnym gardle między siódmym a ósmym kilometrem od gospody. Tam gdzie stary kamieniołom. Skały z trzech stron, jeden wyjątek — od rzeki. A od rzeki będzie Oriun.

Cisza. Potem:

— Kiedy oni wychodzą?

— Jutro. O świcie.

— Trzeba uprzedzić Gnabbura. Niech ustawi ludzi w nocy.

Tego, co mówili dalej, nie słyszał nikt. Ale o czwartej nad ranem Liriona leżała w zaroślach dwadzieścia metrów od miejsca tej rozmowy i pamiętała każde słowo. Wróciła do gospody bezszelestnie jak wieczorny wiatr i obudziła Athora jednym lekkim dotknięciem w ramię.

— Zasadzka przy kamieniołomie — szepnęła. — Skały z trzech stron. Oriun od rzeki.

Athor siedział przez chwilę w ciemności.

— Idziemy przez mokradła — powiedział. — Zbudzić wszystkich.