Rodział 3 Pod Topielcem

Pod Topielcem – Rozdział 3

Szkatuła z Grythollow rozdział 3

ROZDZIAŁ TRZECI: Pod Topielcem

Czwarty dzień drogi — gospoda przy Sargonii

Pierwsze dwa dni za Kyreltis były łagodne.

Droga wiodła wzdłuż Sargonii — rzeki szerokiej i leniwej w tym miejscu, z brzegami zarosłymi sitowiem i olszyną, gdzie czaple stały nieruchomo w płyciznach jak szare posągi pogrążone w medytacji. Pola po obu stronach traktu były jeszcze zielone, choć na końcach liści pojawiały się pierwsze żółte obwódki — zapowiedź tego co nadejdzie. Sady teltanowe ciągnęły się kilometrami— niskie drzewa o srebrzystej korze i owocach barwy granatu, które miejscowi zbierali do wielkich wiklinowych koszy. Dzieci przy drodze patrzyły na strzygonia z otwartymi ustami.

Kajust na grzbiecie stworzenia wyglądał jak jakiś dziwaczny władca. Strzygoń szedł miarowym krokiem, jego pomarszczona skóra — szara jak mokry beton — falowała przy każdym ruchu długiej szyi. Tobołki przytroczono do jego boków i ud, a on niósł je z pogardą kogoś, kto uważa że zasługuje na lepsze zajęcie.

Athor szedł obok Dretora. Koń niósł szkatułę — przypiętą skórzanymi pasami tak, że leżała poziomo między jukami, niewidoczna pod derką. Athor co jakiś czas dotykał pasa sprawdzając naprężenie. Nie dlatego że się obluzował. Po prostu dotykał.

Obserwował drogi boczne.

Trzeciego dnia, gdy słońce stało już nisko i cienie drzew leżały długo na trakcie, Athor zauważył pierwszą z postaci.

Stała za grupą olch po prawej stronie drogi. Widać ją było przez sekundę — ciemny kształt między pniami, nieruchomy z tą charakterystyczną nieruchomością kogoś, kto wie że widzi więcej niż jest widziany. Athor nie zwolnił kroku. Nie wskazał. Zapamiętał.

Kwadrans później — kolejna. Tym razem na wzgórzu, sto metrów od drogi. Mała sylwetka na tle nieba, stojąca za kamieniem który był zbyt mały żeby ją skutecznie skryć.

Wiem o tobie, pomyślał Athor. I ty wiesz, że wiem.

Wieczorem, gdy rozbili obóz przy rzece, powiedział tylko Lirionie. Łuczniczka wysłuchała go bez mrugnięcia okiem, po czym przez cały obiad siedziała plecami do ognia i patrzyła w ciemność.

— Widzę trzy miejsca — szepnęła mu przy podawaniu miski. — Przy tamtym kamieniu, między świerkami, i coś w korycie rzeki. Tam jest głębiej ale ktoś tam stoi.

Athor zjadł kolację w spokoju.


Czwartego dnia dotarli do gospody.

Nosiła nazwę Pod Topielcem i tę nazwę rozumiało się natychmiast — stała przy samym brzegu Sargonii, w miejscu gdzie rzeka robiła łagodne zakole i zwalniała, tworząc spokojną zatoczkę o ciemnej, nieprzejrzystej wodzie. Miejscowi mówili, że co jakiś czas wypływały tu zwłoki — najczęściej kupcy którzy podróżowali zbyt późno w porze, gdy droga robiła się niebezpieczna. Nazwa była ostrzeżeniem. Ostrzeżeniem które ewidentnie nie zmniejszało liczby gości, bo gospoda była zatłoczona.

Budynek był stary i przysadzisty — dwie kondygnacje z drewna i kamienia, z dachem krytym gontem który przez lata nabrał koloru mokrej gliny. Okna małe, w grubych murach, z okiennicami otwartymi na oścież mimo wieczornego chłodu. Nad wejściem wisiał szyld — wyrzeźbiony topielec z wywalonymi oczami i wodorostami we włosach, namalowany na desce farbą która kiedyś była niebieska, a teraz była kolorem wyblakłego wspomnienia.

W środku tłok, zaduch i muzyka.

Trio trubadurów zajmowało środek sali, przy drewnianym słupie podtrzymującym strop — jeden z lutnią o jasnym brzmieniu i palcach tańczących po strunach jak pająk po pajęczynie, drugi z poprzecznym fletem, który dawał melodię wysoką i niemal natarczywą, trzeci z małym bębenkiem klepkowym który trzymał cały rytm razem. Grali pieśń którą Athor znał — starą, z Symalinu, o jakimś rycerzu który szukał swojego miecza a znalazł tylko kości przeciwników. Słowa były pogodne, melodia smutna. Tak to zwykle bywało z takimi pieśniami.

Kobieta przemykała między stolikami z tacą na której stały gliniane kubki. Wysoka, ciemnowłosa, o ruchach kogoś kto pracuje długo i bez odpoczynku — szybkich, automatycznych, z tym charakterystycznym napięciem wokół ust. Miała na sobie fartuch skórzany przewiązany w pasie i na lewym ramieniu torbę ozdobioną piórami — czarnymi jak kruczy grzbiet, brązowymi jak skrzydło jastrzębia, parą zielonkawo połyskujących piór jakiegoś stwora, którego Athor nie rozpoznał. Torba wyglądała nie na miejscu przy fartuchu. Jakby należała do kogoś innego — kogoś kto miał inne plany na ten wieczór.

Athor zapamiętał torbę.

Drużyna rozlokowała się przy dwóch stołach przy ścianie. Strzygonia zostawiono na zewnątrz, Dretora w stajni. Szkatuła była przy Athorze — między jego nogami, pod ławą, przykryta derką. Ciężar jej obecności był jak ciężar długu: stały, niezauważalny dla innych, niemożliwy do zapomnienia.

— Miód z ziołami albo miód bez — obwieściła kelnerka stawiając tacę. — Mamy też chleb z boczkiem i gulasz jeżeli zdążycie zamówić zanim kucharz pójdzie spać.

— Jedno i drugie — powiedział Ravelin siadając z hukiem i rozluźniając rzemień przy hełmie. — I jeszcze więcej miodu.

— Ile razy w tygodniu ktoś tu tonie? — zapytał Kael z miną kogoś, kto pyta o pogodę.

Kelnerka spojrzała na niego z góry.

— W tym tygodniu jeszcze nikt — powiedziała i poszła.

Zadanie rysunkowe

Narysuj na formacie B2 wnętrze tej gospody. 

Za zrobienie tego zadania dostaniesz  Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50

Ciekawostka - książka powtsała na podstawie 42.137 rysunków w Dominie które powstały od 1994 roku. Mamy tak bogate zbiory, że nie ieszcżą się w naszym programie standardowym. Ten rysunke wykonał Michał "Terminator" Sztuka a ja dopisałem do tego historię

Przy ścianie po lewej stronie, pod kominem, siedział mężczyzna.

Miał na sobie płaszcz który kiedyś musiał być porządny, bo krój był dobry, ale płaszcz przeżył wiele nocy na zewnątrz i tyleż wewnątrz gospód i wyglądało to na nim. Przy boku leżały tarcza i miecz, obie rzeczy zadbane mimo że reszta wyglądała zaniedbaną. W ręku trzymał róg wypełniony miodem, ale ten miód był już od jakiegoś czasu i mężczyzna nie pił — tylko trzymał, jak ktoś kto potrzebuje czegoś do trzymania.

Athor zobaczył go od razu. Mózg skatalogował: tarcza, miecz, zarost dwutygodniowy, oczy z czerwonymi żyłkami, ramiona starego wojownika który jeszcze nie zapomniał jak siedzieć.

— Galit! — powiedział Athor podchodząc.

Mężczyzna uniósł głowę. Oczy skupiły się powoli, jak soczewka ustawiana na odległość.

— Lisad!  — mruknął i coś w jego głosie się rozluźniło — napięcie które Athor rozpoznał jako napięcie kogoś, kto siedzi sam od zbyt długiego czasu. — Siadaj. Siadaj, człowieku.

Athor usiadł na ławie naprzeciw i przez chwilę milczeli w ten sposób jaki potrafią tylko dwie osoby, które znają się od dawna i których milczenie coś znaczy.

— Wyglądasz jak ktoś, kto niedawno wszystko stracił — powiedział Athor.

— Wieżę — powiedział Galit. — Cztery doby temu. Podpalili ją w nocy, dranie, bo wiedzieli że nie będzie widać dymu nim dotrę do niej. Ja byłem w mieście. Wróciłem rano i — — urwał i wziął łyk miodu. — Kamień stoi. Belki stropowe nie. Drewno wszystko spalone. Nie ma gdzie nocować.

— Kto?

— Kto — powtórzył Galit z krzywym uśmiechem. — Pięć dni wcześniej byłem na dukcie do Kyreltis. Napadli tam na kupca — czterech bandytów, nieźle uzbrojonych. Stanąłem w obronie. Nie widziałem dobrze ich twarzy, ale jeden miał na prawym przedramieniu tatuaż — taki jakby splecione węże, z krzyżem pośrodku. Potem ktoś w mieście powiedział mi, że to znak ludzi Gnabbura.

Athor patrzył na niego.

— I podpalili ci wieżę.

— Za karę albo dla zabawy. U Gnabbura to jedno i to samo.

Drzwi gospody otworzyły się.

Muzyka nie urwała się — trubadurzy grali dalej — ale w sali zrobiło się ciszej w ten sposób, w jaki cisza potrafi być głośniejsza od muzyki. Kilka osób przy stołach odsunęło się odruchowo. Kilka innych udało, że patrzy w kubki.

Mężczyzna był chudy i niski — sto sześćdziesiąt sześć centymetrów nie więcej, pięćdziesiąt kilogramów … z bagażem. Miał na sobie skrawki skóry i szmat które zasłaniały to co zasłaniały i nic więcej — ramiona nagie, klatka piersiowa nagie, pas z rzemieniami z którego zwisały skrawki materiału. Na skraju szat i na skórze widać było ciemne ślady — zaschłe i świeże zarazem, o tym charakterystycznym ciemnobrązowym kolorze który Athor widywał na polach bitew.

Krew z jedzenia.

Zjadł je żywcem. Jeszcze ciepłe, bo krew nie zdążyła sczernieć.

Twarz miała tę dziwną, rozmytą cechę kogoś kto jest jednocześnie bardzo obecny i bardzo gdzieś indziej — oczy biegały, ale nie z lęku, lecz z czegoś inaczej skonfigurowanego. To, co poruszało się za nimi, za tymi rozbieganymi oczami, nie przypominało zwykłego ludzkiego niepokoju.

— Zadzior — mruknął Galit cicho.

— Wiem — odparł Athor równie cicho, nie odrywając wzroku.

Zadzior obszedł salę. Powoli, wzdłuż ściany, zahaczając spojrzeniem o każdy stół. Przy jednym zatrzymał się na chwilę i pochylił się do siedzącego tam mężczyzny — powiedział coś co tamten przyjął z twarzą kogoś, kto zaciska zęby i czeka aż minie. Zadzior prostował się i szedł dalej.

Przy stole Athora zwolnił.

Athor patrzył przed siebie. Jadł chleb. W jego głowie pracował mechanizm który przez lata wyćwiczył na zamkach i w karczmach: liczyć wyjścia, liczyć broń, liczyć odległość.

Zadzior postał sekundę za jego plecami i poszedł dalej.

Ravelin odchrząknął.

— Chętnie bym mu —

— Nie — powiedział Athor bez odwracania głowy.

— Tylko … —

— Nie.

Ravelin wbił zęby w chleb z boczkiem z miną kogoś, kto zostaje przy stole wyłącznie z uprzejmości wobec towarzystwa.

— Athorze — odezwał się Kael kiedy rozmowy przy stole wróciły do normalnej głośności — nie wiedziałem, że masz żonę. Masz? Bo o żonie nie wspominałeś, a wyglądasz jak ktoś, kto ją ma. Albo miał. Ładna?

Athor spojrzał na niego.

— Może i ładna — powiedział — ale mam jej dość.

— To bywa. Ale wiesz, ładne cycki potrafią wiele wybaczyć.

— Kael.

— Co?

— Zmień temat.

Kael wzruszył ramionami z miną człowieka, który uważa, że wyświadczył przysługę i nie wiadomo dlaczego nikt nie jest wdzięczny.

— Jak mówisz — powiedział i sięgnął po kubek.

Przy drugim stole Kajust wyjął miecz z pochwy i położył go na blacie z głuchym brzękiem który spowodował, że trubadurzy przez chwilę wyminęli takt.

— Pytałeś — powiedział do Ravelina — to patrz.

Ravelin pochylił się.

Miecz był nieduży jak na wojenne standardy, ale proporcjonalny i zwarty — klinga trochę szersza niż szabla, lekko zakrzywiona, z ośmiokątnym przekrojem przy piętce który przechodził w płaski środek i ostry grzbiet. Stalowe wypełnienie klingi było widoczne jako ciemna, pofalowana linia biegnąca przez środek — metal składany z wielokrotnego kucia, o wzorze który wyglądał jak zastygłe fale wody podczas burzy.

Jelec miał skrzydła — dwa krótkie ramiona z brązu zakończone lwimi głowami z otwartymi paszczami. W lewej lwiej paszczy siedział rubin, w prawej szmaragd — oba niewielkie, szlifowane, z tym matowym połyskiem kamieni których nie poleruje się zbyt mocno, bo wtedy tracą charakter. Między ramionami jelca ciągnął się pas napisu w starym piśmie — Athor, który znał stary dialekt, przeczytał z odległości: Ostrze nie pamięta ręki. Tylko wynik.

Chwyt owinięty był skórą rekina — szorstką, pewną, z rzemieniami krzyżującymi się w romby. Na końcu głowni siedziała gałka w kształcie ośmioramiennej gwiazdy z brązu, wytarty z jednej strony od wieloletniego trzymania.

— Ile zapłaciłeś? — zapytał Ravelin.

— Dziesięć gramów Velorium — powiedział Kajust.

Cisza.

Nie ta gospodowa cisza kogoś kto się zasłuchał w muzykę. Ta cisza miała wagę.

Esma odłożyła kubek.

Liriona przestała splatać warkocz.

Daliana, która akurat rozmawiała z Elianą, urwała w połowie zdania.

Nawet Merid Varn, który rzadko zdradzał zainteresowanie czymkolwiek co nie było bezpośrednim zagrożeniem dla jego życia, spojrzał na miecz inaczej.

Dziesięć gramów Velorium. Srebrzysty metal z zielonkawym odcieniem, wydobywany w jaskiniach pod miastami Koalicji Pięciu Miast. Najdroższy metal na całej Symilerze — i jeszcze przez chwilę wszyscy przy stole siedzieli z tym w głowie, wyobrażając sobie ile to znaczy.

— Na miecz — powiedział Ravelin w końcu. Nie pytając. Raczej smakując ten fakt.

— Na miecz — potwierdził Kajust bez cienia przepraszania. — Bo taki miecz warto mieć.

— Dziesięć gramów Velorium — powiedziała Esma — to cena dobrego domu w Kyreltis. Z ogrodem.

— Wolę miecz niż dom — powiedział Kajust.

— To widać — mruknęła.

— Słucham?

— Nic. Naprawdę piękna robota — powiedziała Esma i wzięła kubek z powrotem i wyraz jej twarzy był tym specyficznym wyrazem kogoś, kto stwierdza fakt i jednocześnie ma na ten temat prywatne zdanie, którego nie zamierza ujawniać.

Przy stole Arvend skończył jeść i wytarł brodę. Cztery warkocze spadły mu na pierś gdy się pochylał — a na końcu każdego z nich, przywiązany cienkim rzemieniem, siedział kieł. Kość żółtawa, długa na dwie dłonie, lekko zakrzywiona, z podstawą grubości kciuka i ostrym jak igła końcem. Esma patrzyła na te kły od początku kolacji. Teraz odchrząknęła.

— Arvend — powiedziała.

— Co?

— Kły.

Arvend spojrzał w dół na własną brodę.

— Co z nimi?

— Skąd są?

Arvend uśmiechnął się. Jego jedyne sprawne oko — lewe, bo prawe było mlecznobiałe jak wywarzone jajko, wyblakłe od wrzątku który wylał na nie w młodości — rozbłysło tym szczególnym blaskiem kogoś, kto ma dobrą historię i czeka tylko na pytanie.

— Tarok — powiedział.

— Słyszałam o Tarokach — odezwała się Liriona z drugiego końca stołu. — Podobno ich krew leczy rany.

— Nie podobno — powiedział Arvend. — Posmarujesz ranę krwią Taroka, dwie doby i nie ma po niej śladu. Sam sprawdzałem. Kilka razy.

— I jak się go zabija? — zapytał Ravelin z autentycznym zainteresowaniem wojownika, który słysząc o niebezpiecznym stworzeniu automatycznie ocenia możliwości.

Arvend oparł się łokciami o stół.

— Harpunem — powiedział. — W oko. W żadne inne miejsce, bo skóry nie przebijesz — ma takie kostne wypustki na całym ciele, jakby ktoś naćwiekował pancerz. I ogon zbrojny na końcu, i zęby jak piła na każdej szczęce z osobna. A do tego te kły po bokach — po jednym z każdej strony pyska, dorastają nawet do sześćdziesięciu centymetrów. Kiedy Tarok atakuje łódź, kręci łbem — — Arvend wykonał ruch głową na boki — raz, drugi, trzeci i łódź jest dziurawa jak sito. Drewno nie da rady, nawet dębowe.

— A harpun w oko — powiedział Kajust.

— Harpun w oko. Inaczej żadnej szansy.

— I jak trafiłeś w oko — spytała Esma — skoro się rusza?

Arvend zabrał jeden z warkoczów w dłoń i przesunął po nim palcem aż do kła.

— Tarok atakuje łódź od dołu. Nurkuje i uderza. Kiedy uderzy, przez chwilę jest przy powierzchni — musi odetchnąć, bo jest rybą, ale płuca ma duże jak beczki. Wynurza się na sekundę. Tylko wtedy widać głowę.

— I wtedy — powiedział Ravelin.

— I wtedy. — Arvend puścił warkocz. — Pierwszy Tarok, którego zabiłem, miał może cztery metry. Młody. Szarpał naszą łódź przez kwadrans. Byłem na dziobie z harpunem i czekałem. Jager — mój sternik — krzyczał żebym rzucał, bo przeciekamy i pójdziemy na dno. A ja czekałem. Pięć wynurzeń. Przy szóstym — rzuciłem. Harpun wszedł w lewe oko po ucho z drugiej strony.

Cisza przy stole była innego rodzaju niż przy sprawie z Velorium. Cieplejsza.

— A te kły — powiedział w końcu Kael — to pamiątka.

— Znak że go zabiłem — poprawił spokojnie Arvend. — Każdy kieł to inny Tarok. Cztery Taroki, cztery kły. Tarok który mi dał ten — — wskazał prawy zewnętrzny warkocz — miał siedem metrów. Był starszy ode mnie.

Patrzyli na niego przez chwilę.

— I ty chcesz żebym się bał Gnabbura — mruknął Ravelin.

Przy stoliku pod ścianą, zakapturzony, siedział ktoś kogo Athor zauważył gdy wchodzili, ale komu nie poświęcił wtedy uwagi — bo uwaga, tak jak pieniądze, musi być rozdzielana rozsądnie.

Teraz spojrzał raz jeszcze.

Postać siedziała nieruchomo, z kubkiem przed sobą, zakapturzona tak że kaptur rzucał twarz w cień. Nic szczególnego — wiele osób siedziało z kapturem nawet w środku gospody. Ale ta postać patrzyła. I patrzyła w stronę stołu Athora.

Athor odwrócił wzrok.

Aloka, przemknęło mu przez głowę — nie wiedząc jeszcze skąd to słowo, bo Athor wiedział wiele rzeczy nie wiedząc skąd wie.

Wstał spokojnie, podszedł do Liriony, pochylił się i powiedział jej cicho trzy zdania. Łuczniczka skinęła głową i zaczęła spoglądać w inną stronę — bo to właśnie robią ci, którzy naprawdę obserwują.

Potem wrócił do Galita.

— Jutro rano — powiedział — nie idziemy drogą przez skały przy dopływie.

Galit zmrużył oczy.

— Planowałeś tę trasę.

— Zmieniłem plany.

Galit spojrzał na swój kubek. Potem na Athora. Potem powiedział coś czego się Athor nie spodziewał:

— Weź mnie ze sobą.

Athor patrzył na niego przez chwilę.

— Jesteś pewien?

— Spaliłem wszystko co miałem tu spalone. — Galit wzruszył ramionami. — A ty zawsze potrzebowałeś kogoś kto umie stać na warcie i nie zasypia.

— Już mam kogoś.

— To miej dwóch.

Athor westchnął i spojrzał w kierunku zakapturzonej postaci przy ścianie. Postaci nie było.

Odeszła tak cicho, że nikt przy stole nie zauważył kiedy.

Dominatica czarne PNG przezroczyste favi

W tym samym czasie, po drugiej stronie Sargonii, w lesie gdzie Sargonia robiła zakole — banda Gnabbura siedziała przy ognisku tak małym, żeby nie dawało światła ponad poziom traw.

Gnabbur kucał i patrzył w ciemność.

— Gdzie Aloka? — zapytał Skrzeczycha, jej głos szorstki jak żwir w gardle.

Corone poklepała jedną ze swych wron siedzącą na nadrę. Ptak przekrzywił głowę.

— Wraca — powiedziała.

Gnabbur splunął w ogień.

— Jaka trasa? — zapytał kiedy minutę później Aloka pojawił się z ciemności, kaptur naciągnięty tak głęboko, że cień zakrywał całą twarz.

Aloka usiadł i powiedział cichym, równym głosem: — Przez bród przy skałach Żmijogłów.

— Dobry punkt.

— Nie pójdą tam — powiedział Aloka.

Gnabbur spojrzał na niego.

— Wie?

— Obserwuje. I coś widzi. Za dużo widzi, ten Lisad.

Gnabbur milczał przez chwilę. Jego małe, żółte oczy — prawie bez białek, głęboko osadzone pod potężnymi łukami brwiowymi — patrzyły w ogień.

— W takim razie — powiedział w końcu — znajdziemy inne miejsce.

W gospodzie Pod Topielcem Kajust wyjął z sakwy krótki flet i przyłożył do ust. Grał coś prostego, bez nazwy — melodię którą wymyślał idąc, zmienianą przy każdym zagraniu. Przy stole zrobiło się ciszej niż przez całą kolację.

Athor słuchał.

Jutro inna trasa, myślał. Oni zmienią swój plan, kiedy się dowiedzą. I znajdą inne miejsce.

Spojrzał na szkatułę między nogami, na jej ciemne drewno i metalową plecionkę.

Zawsze znajdą inne miejsce.

Niech Esital nas prowadzi!

Dominatica Esital PNG przezroczysty poziomy

Skrymfo !