ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: Obserwatorzy Cienia
Dwudziesty piąty dzień drogi — bagna za wodospadem
Rano było szare.
Nie burzowe — po prostu szare, tym równomiernym, matowym szarym który nie zapowiada niczego dramatycznego, tylko informuje, że słońce postanowiło dziś zostać za chmurami i nie ma zamiaru tłumaczyć się dlaczego. Trawa na stepie przy obozie była mokra od rosy, a para unosiła się z ziemi przy każdym kroku jak oddech czegoś co śpi pod powierzchnią.
Drużyna zwijała obóz w milczeniu. Po wczorajszym wodospadzie i rozmowie przy krawędzi każdy niósł swoje własne myśli i nie spieszył się, żeby się nimi dzielić.
Eliana pakowała swoje rzeczy plecami do Athora.
Athor tego nie komentował.
Liriona pierwsza weszła na ścieżkę i zatrzymała się po dziesięciu krokach.
— Bagna — powiedziała.
Wszyscy podeszli.
Bagna zaczynały się gwałtownie — jakby ziemia za jedną linią postanowiła być zupełnie inną ziemią. Po jednej stronie tej niewidzialnej granicy: sucha trawa, twardy grunt, normalny świat. Po drugiej: woda i błoto i stare, zbutwiałe drzewa sterczące z ciemnej toni jak palce kogoś kto utonął i jeszcze nie zdał sobie z tego sprawy.
Para unosiła się z powierzchni bagnisk w smugach — nie gęstych jak mgła, lecz przejrzystych, lekkich, falujących przy każdym podmuchu wiatru. Razem z nimi unosiło się coś innego: zapach. Głęboki, ziemisty, z nutą czegoś organicznego i gnijącego, nie nieprzyjemny, lecz ciężki — taki który osiada w płucach i zostaje.
Ścieżka prowadziła przez bagna drewnianą kładką — starą, z konarów o różnym stopniu zbutwienia, miejscami uzupełnioną świeżym drewnem, które ktoś niedawno położył. Kładka była wąska — dwie osoby nie minęłyby się na niej bez trudności.
Kajust spojrzał na kładkę i spojrzał na Strzygonia.
— On tam nie przejdzie — powiedział.
— Przejdzie — powiedział Athor.
— Kładka ma może metr szerokości.
— Strzygoń ma metr trzydzieści.
— No właśnie.
Athor spojrzał na Strzygonia. Strzygoń patrzył na kładkę z wyrazem kogoś kto ma zdanie na ten temat i nie zamierza go ukrywać.
— Przejdzie po skraju — powiedział Athor. — Jedną nogę na kładce, drugą w wodzie. Jest wystarczająco wysoki, żeby nie zamoczyć tobołków.
— A jeśli kładka się ugnie?
— Ugnie się.
Kajust patrzył na niego.
— I?
— I Strzygoń będzie mokry — powiedział Athor. — Ale dojdziemy na drugi brzeg. Ruszamy.
Kładka uginała się przy każdym kroku — nie dramatycznie, lecz z tym mokrym skrzypieniem starego drewna, które informuje, że jest tu z wyboru a nie z konieczności i ma swoje granice. Strzygoń szedł ze stoicyzmem wielkich zwierząt, jedną nogą na deskach jedną w bagnistej wodzie i nie zwalniał ani nie przyspieszał, tylko szedł, bo taka była wola i z wolą wielkich zwierząt nie ma co dyskutować.
Konie przeszły bez problemu. Osły przeszły z problemem, ale przeszły.
Athor szedł przodem i czytał bagna.
Czytał je jak czytał lasy i drogi i zamki — uważnie, warstwami. Pierwsza warstwa: co widać. Woda, błoto, stare pnie, para. Zbutwiałe drzewa po których skakały łuskowate stworzenia podobne do kameleona — małe, zielonkawe, zmieniające kolor przy ruchu, zjadające owady, których tu były całe chmary.
Druga warstwa: co słychać. Żaby, dalekie, nieskoordynowane. Ptak gdzieś w trzcinach — jednostajny, rytmiczny, jeden dźwięk powtarzany bez zmian. I coś jeszcze — coś co słyszał nie uszami, lecz jakimś innym zmysłem, który przez lata rozwinął się tak jak u ślepych rozwijają się inne zmysły.
Obecność.
Pierwszą postać zobaczył po kwadransie marszu przez bagna.
Stała między drzewami po lewej stronie kładki — zakapturzona, nieruchoma, w odległości może pięćdziesięciu metrów. Nie robiła nic. Stała i patrzyła — o ile to słowo pasowało do kogoś ukrytego w kapturze i odległości.
Athor szedł dalej bez zmiany tempa.
Dwieście metrów dalej — kolejna. Po prawej stronie tym razem, na kępie twardego gruntu między drzewami. Wyższa od pierwszej, zakapturzona tak samo, tak samo nieruchoma.
Pięćset metrów dalej — trzy naraz, po lewej, stojące w luźnej grupie jak ludzie, którzy coś omawiają, ale nie mówią nic.
Athor odwrócił się do Liriony która szła za nim.
— Widzisz?
— Widzę od początku — powiedziała cicho. — Liczyłam. Jest ich teraz dziewięć.
— Żadna się nie zbliżyła?
— Żadna. Ale żadna nie odeszła.
Athor szedł dalej.
Za jego plecami drużyna zaczęła to zauważać — szepty, ciche pytania, Kajust na Strzygoniu kręcący głową, żeby zobaczyć wszystkie strony. Ravelin z ręką przy rękojeści miecza — co Athor czuł nie widząc, bo Ravelin przy mieczu oddychał inaczej.
— Zostaw miecz — powiedział Athor nie odwracając się.
— Skąd wiesz —
— Zostaw.
Ravelin westchnął.
Ból głowy zaczął się nagle.
Nie narastał stopniowo — pojawił się jak uderzenie, ostry i precyzyjny, tuż za oczami. Athor zmrużył powieki i szedł dalej.
— Ktoś czuje to co ja — powiedział Merid za nim.
Nie pytał.
— Tak — odparł Athor.
— Co to jest?
— Oni. — Athor nie wskazał, ale wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. — Trzymajcie się ścieżki. Nie zbliżajcie się.
Ból narastał, w miarę jak szli — tępy, pulsujący, z tym charakterystycznym uciskiem, który zapowiadał mroczki. Przy kolejnej grupie Obserwatorów — siedmiu tym razem, stojących w odległości może trzydziestu metrów od kładki — Athor poczuł zawroty głowy i zwolnił kroku.
— Cofają się — powiedziała Liriona cicho.
Athor spojrzał.
Miała rację. Gdy drużyna zbliżała się do grupy, Obserwatorzy cofali się proporcjonalnie — utrzymując tę samą odległość, jakby między nimi a drużyną był niewidzialny sznur określonej długości.
— Boją się nas — powiedział Kael.
— Albo my ich — powiedział Athor.
— Czego mamy się bać? Stoją i patrzą.
— I boli nas głowa — powiedział Athor. — To wystarczy.
Kajust poczuł to najgorzej.
Nie ból głowy — raczej ten specyficzny rodzaj irytacji który przy Kajuście zawsze był pierwszym krokiem przed czymś głupim. Ból narastał, mroczki migały i Kajust siedział na Strzygoniu i zaciskał zęby, i myślał, i przestał myśleć.
— Wystarczy — powiedział.
— Kajust — zaczął Athor.
Ale Kajust już zsiadał ze Strzygonia.
— Kajust!
Za późno.
Kajust zeskoczył z kładki na kępę twardego gruntu i ruszył w kierunku najbliższej grupy Obserwatorów — pięciu, stojących może czterdzieści metrów dalej. Szedł szybko, z miną człowieka, który ma do powiedzenia coś ważnego i zamierza powiedzieć to z bliska.
Obserwatorzy zaczęli się cofać.
Kajust przyśpieszył.
Na dwudziestu metrach padł.
Niestopniowo — po prostu nogi odmówiły posłuszeństwa i Kajust osunął się na mokrą ziemię jak worek z piaskiem, z którego ktoś wyjął piasek. Nie zemdlał — leżał z oczami otwartymi i twarzą w błocie, i było widać, że żyje, bo się poruszał, ale ruchy były powolne i nieskoordynowane jak u kogoś kto śpi z otwartymi oczami.
Obserwatorzy zatrzymali się.
Patrzyli.
— Kael, Liriona — powiedział Athor natychmiast. — Za mną.
Zeskoczył z kładki i ruszył ku Kajustowi szybko. Ból głowy uderzył z nową siłą, gdy tylko opuścił kładkę — jakby drewniana ścieżka dawała jakąś ochronę, którą ziemia i bagna nie dawała.
Kael i Liriona za nim.
Dziesięć metrów od Kajusta Kael zatrzymał się z okrzykiem — złapał się za skronie i przykucnął, twarz wykrzywiona. Liriona pociągnęła go za ramię.
— Wstawaj.
— Nie mogę —
— Wstawaj albo zostań.
Kael wstał.
Doszli do Kajusta. Athor chwycił go za ramię, Liriona za drugie. Kajust był ciężki — nie fizycznie, bo chudszy był od Arvenda, ale ten rodzaj ciężkości człowieka, który stracił napięcie w mięśniach i jest ciężki jak mokre drewno.
— Cofamy się — powiedział Athor.
Obserwatorzy cofnęli się o kolejne dziesięć metrów, gdy drużyna ruszyła z Kajustem.
Ból głowy zelżał z każdym krokiem ku kładce.
Przy samej kładce niemal zniknął.
Dali Kajusta Dalianie.
Przykucnęła przy nim na deskach kładki i wyjęła z sakwy mały słoiczek — ciemna, gęsta maść o ostrym zapachu fermentowanych grzybów. Roztarła na palcach i posmarowała Kajusta pod nosem, przy skroniach, za uszami.
Kajust mrugnął.
— Co — mruknął.
— Leż — powiedziała Daliana.
— Gdzie jestem.
— Na kładce.
— Dlaczego na kładce.
— Bo padłeś.
— Nie padłem.
— Kajuście.
— Co?
— Masz błoto na twarzy.
Kajust dotknął twarzy.
— To mogło się zdarzyć w różnych okolicznościach.
— Nie tym razem.
Kajust próbował wstać. Daliana pozwoliła mu na to dopiero po minucie, gdy uznała, że jego oczy są już wystarczająco skupione.
Reszta drużyny stała na kładce i patrzyła na Obserwatorów.
Było ich teraz więcej — Athor naliczył dwudziestu siedmiu, może trzydziestu. Stali w luźnych grupach na skrajach bagniska, między drzewami, na kępach twardego gruntu. Żaden nie zbliżył się do kładki. Żaden nie odszedł.
Patrzyli.
— Kim są — zapytał Ravelin cicho.
— Nie wiem — powiedział Athor.
— Skąd przyszli?
— Nie wiem.
— Co chcą?
Athor patrzył na najbliższą grupę — cztery postacie w odległości pięćdziesięciu metrów, zakapturzone, nieruchome jak kamienie.
— Chronią czegoś — powiedział w końcu. — Albo kogoś.
— Nas?
— Nie nas. My jesteśmy intruzami. To jest ich teren i chcą żebyśmy przeszli przez niego szybko i bez zatrzymywania.
— To czemu bolała nas głowa?
— Bo zbliżyliśmy się za bardzo do czegoś czego nie rozumiemy — powiedział Athor. — Jak dziecko, które dotyka ognia. Ogień nie atakuje dziecka. Ogień jest ogniem.
Ravelin milczał przez chwilę.
— Filozofia — mruknął.
— Tak — zgodził się Athor. — Idziemy.
Przez kolejną godzinę szli w milczeniu.
Obserwatorzy towarzyszyli im — nie po kładce, lecz po skrajach bagniska, utrzymując odległość. W miarę jak szli dalej, niektóre grupy zostawały z tyłu, inne wyłaniały się z przodu. Jakby bagnisko miało swój własny system straży który przekazywał sobie informacje bez słów.
Ból głowy wracał, gdy ktoś podchodził zbyt blisko krawędzi kładki. Zelżał, gdy wracali na środek.
Kajust jechał na Strzygoniu i milczał — co było tak niezwykłe jak cisza przy wodospadzie, bo Kajust milczący był nienaturalny. Przez pierwsze pół godziny Esma go obserwowała. Po pół godzinie uznała, że żyje i wrócił do własnych myśli.
Athor szedł przodem i myślał o Obserwatorach.
Zakapturzeni, myślał. Różne wzrosty — widać przynajmniej trzy wyraźnie różne. Poruszają się cicho jak coś co nigdy nie musiało się ukrywać, bo zawsze było jego własnym miejscem. Nie atakują. Cofają się, gdy się zbliżasz. Powodują ból głowy i zawroty.
Pilnują. Ale czego?
Bagniska. Tego konkretnego miejsca. Kogoś kto tu śpi albo czegoś co tu jest.
Nie miał odpowiedzi.
Zanotował pytanie i odłożył je na później, bo późniejsze pytania często znajdowały odpowiedzi same, jeśli się im na to pozwoliło.
Obserwatorzy zniknęli, gdy bagna skończyły się.
Tak samo jak zaczęli — bez dramatyzmu. Ostatnia grupa stała na granicy bagniska i stała, i gdy drużyna weszła na twardy grunt i odwróciła się, Obserwatorów nie było.
Nie odeszli — po prostu ich nie było.
— Widziałeś, jak odchodzili — zapytał Kael Lirionę.
— Nie — powiedziała.
— Ja też nie.
Patrzyli przez chwilę na bagnisko — na kładkę biegnącą przez wodę i stare pnie i mgliste smugi pary.
Żadnego ruchu. Żadnej zakapturzonej postaci.
— No — powiedział w końcu Kael.
— No — zgodziła się Liriona.
Odwrócili się i poszli za resztą.
Wieczorem rozbili obóz na twardym gruncie za bagniskiem.
Ogień gorał przy trzech kamieniach. Mukko gotował — tym razem coś z suszonych śliwek, ziół i resztek mięsa, które zostały z poprzedniego dnia, i mieszał z tym skupionym wyrazem twarzy który miał przy gotowaniu, jakby zupa wymagała od niego całej uwagi trzech rąk i połowy umysłu.
Kajust siedział przy ogniu z fletem w dłoniach, ale nie grał. Tylko trzymał.
— Graj — powiedział Athor.
Kajust spojrzał na niego.
— Nie mam ochoty.
— Wiem. Graj.
Kajust patrzył na niego przez chwilę z tym swoim wojennym wyrazem twarzy który zakładał, gdy ktoś mu mówił co ma robić. Potem przyłożył flet do ust i zagrał — powoli na początku, bez melodii właściwie, tylko dźwięki szukające się nawzajem. Potem znalazły się i była melodia — ta bezimienna, jego własna, trochę smutna trochę nieobecna.
Przy ogniu wszyscy przez chwilę milczeli i słuchali.
Ból głowy znikł całkowicie u wszystkich jakiś czas po wyjściu z bagniska. Ale wspomnienie pozostało — to nieprzyjemne wspomnienie niemocy, tej chwili, gdy nogi odmawiają posłuszeństwa i człowiek pada i nie może wstać i jest bezsilny wobec czegoś czego nie rozumie.
— Athorze — powiedział w końcu Arvend.
— Co.
— Trzydzieści jeden kilometrów na wschód.
Athor nie odpowiedział.
— Jangal mówił o Bliskorze — powiedział Arvend. — O Trzech Ziarnach.
— Mówił — potwierdził Athor.
— To prawdziwe czy bełkot?
— Nie wiem.
— Ale mogłoby być prawdziwe.
— Mogłoby.
Arvend patrzył w ogień.
— Bliskor — powiedział Kael od drugiej strony ogniska — podobno znosi jaja. Jaja z Velorium.
— Podobno — powiedział Athor.
— Ile by były warte?
— Dużo.
— Ile dużo?
Athor spojrzał na niego.
— Kael.
— Co?
— Wiem co myślisz.
— I?
— I mamy misję do Grythollow.
Kael otworzył usta i zamknął je. Potem otworzył znowu.
— Ale jak byśmy tam poszli i wrócili w trzy dni —
— Trzydzieści jeden kilometrów tam i trzydzieści jeden z powrotem — powiedział Athor. — Dwa dni marszu w jedną stronę. Trzy dni tam. Dwa dni z powrotem. Tydzień.
— Sześć dni.
— Tydzień.
— Mogłoby być sześć.
— Kael.
— No?
— Nie.
Cisza.
Mukko mieszał zupę.
Kajust grał.
Daliana patrzyła na Kaela z wyrazem twarzy który Athor rozumiał lepiej niż chciał — wyraz kogoś kto już podjął decyzję choć jeszcze nie wie, że ją podjął.
Arvend patrzył w ogień.
I to milczenie Arvenda — to zbyt spokojne, zbyt skupione milczenie — było tym co Athor zapamiętał z tego wieczoru bardziej niż cokolwiek innego.
Velorium
Następnego ranka.
Drużyna pakowała się. Athor sprawdzał pasy przy szkatule na Dretorze — naprężenie, symetrię, czy skóra nie puściła przy klamrach.
Kael podszedł do niego.
— Athorze.
— Wiem co chcesz powiedzieć.
— Pozwól nam pójść.
— Nie.
— Tylko nas troje — Kael, Daliana, ja — powiedział Arvend podchodząc z drugiej strony. — Trzy doby. Wrócimy przed Grythollow.
Athor odwrócił się i spojrzał na nich oboje.
Potem spojrzał na Dalianę która stała kilka kroków dalej i patrzyła na niego z tym wyrazem, który mówił: wiem, że to głupie i idę.
— Nie — powiedział Athor.
— Athorze —
— Powiedziałem nie.
— Ale jeśli to prawda — powiedział Kael — jeśli Jangal miał rację, to starczy nam na resztę życia. Nie musielibyśmy już —
— Kael.
— Co?
— Jangal powiedział trzech idzie, ale dwóch wraca — powiedział Athor cicho.
Cisza.
Kael zmrużył oczy.
— Co to znaczy?
— Nie wiem — powiedział Athor. — Dlatego mówię nie.
Długa chwila.
Kael i Arvend wymienili spojrzenie.
— Ja idę — powiedział Kael w końcu. — Sam albo z kimś. Nie mogę nie sprawdzić.
— Daliana idzie z tobą — powiedziała Daliana, jakby mówiła o kimś innym.
Athor patrzył na nich przez chwilę.
Trzech idzie, ale dwóch wraca. A z dwóch co wracają jeden niesie ciężar drugiego choć drugi już nie waży nic.
Dwóch wraca. Nie trzech.
— Trzy doby — powiedział Athor w końcu. — Jeśli po trzech dobach nie wrócicie, nie będę czekał.
— Wrócimy — powiedział Kael.
Athor patrzył na Arvenda.
Arvend patrzył w ziemię.
— Arvend — powiedział Athor.
Tamten uniósł głowę. Jedyne sprawne oko, lewe — spokojne, ciemne, z tym wyrazem człowieka, który podjął decyzję i nie zamierza jej zmieniać.
— Idę — powiedział.
Athor skinął głową.
Człowiek niesie wodę przez rzekę, ale zanim dojdzie do drugiego brzegu woda wypływa przez dziury w dłoniach których sam nie widzi.
Zobaczymy, pomyślał Athor. Zobaczymy co jest w tych dłoniach.
Trójka odeszła przed południem na wschód przez step.
Reszta drużyny patrzyła, jak znikają w wysokiej trawie — Kael z długimi włosami spiętymi w kucyk, Daliana lekka i szybka, Arvend wielki i powolny między nimi.
Sihirma stała z boku i obserwowała ich odejście ze świetlistą wstążką owiniętą wokół nadgarstka — jedną z tych które kreśliła, gdy chciała coś zapamiętać.
— Wrócą — powiedziała, nie pytając.
— Dwoje wróci — powiedział Athor.
Sihirma spojrzała na niego.
— Powiedziałeś im?
— Powiedziałem.
— I poszli.
— I poszli — potwierdził Athor. — Ludzie często idą, kiedy im powiesz, żeby nie szli. Szczególnie gdy złoto jest po drugiej stronie.
Sihirma patrzyła na step przez chwilę. Wstążka na jej nadgarstku rozbłysła — raz, dwa razy — i zgasła.
— Kto nie wróci — zapytała.
Athor nie odpowiedział.
Odwrócił się i poszedł sprawdzić Dretora.
Esital niech nas prowadzi!

