Nad Sargonią rozdział 5 Dominatica

Nad Sargonią – rozdział piąty

ROZDZIAŁ PIĄTY: Festiwal Świateł i Cień na Wodzie

Dziesiąty dzień drogi — obozowisko nad Sargonią

Noc przyszła ciepła i bezwietrzna.

Sargonia płynęła spokojnie, z tym leniwym szmerem, który ma rzeka, gdy nie spieszy się nigdzie i wie o tym. Ogień obozowy rozgorzał między trzema kamieniami, suche drewno cedru dawało mało dymu i dużo ciepła, a Mukko — który zebrał chrust z taką starannością jakby wybierał klejnoty — siedział przy nim z miną kogoś zadowolonego z własnej pracy.

Kolacja była prosta: suchy chleb z twardym serem, resztki suszonego mięsa, woda z rzeki przegotowana i doprawiona miętą, którą Daliana znalazła przy brzegu. Nikt nie narzekał — po dniu z mostem i opłatą i Eegduu i żmijogłowami proste jedzenie przy ogniu miało w sobie coś prawie luksusowego.

Przy ogniu siedzieli wszyscy oprócz Liriony, która zniknęła między krzewami przy brzegu i od czterdziestu minut nikt nie słyszał żadnego dźwięku, który by od niej pochodził. To był jej sposób pilnowania warty — stać tam, gdzie jej nie widać i słyszeć to czego inni nie słyszą.

Athor siedział z boku, trochę dalej od ognia niż reszta, plecami do cedru. Trzymał miskę, ale nie jadł — patrzył w górę rzeki, gdzie niebo robiło się granatowe przy horyzoncie i gdzie za chwilę miały się pojawić pierwsze gwiazdy.

Trzy księżyce Symilery wchodziły kolejno — najpierw Vestera, mały i blady jak moneta odłożona za daleko, potem Luren, większy, z charakterystyczną ciemną plamą na zachodniej krawędzi, i wreszcie Kembalo, najjaśniejszy, z tym miodowym odcieniem, który dawał nocy tutejszej złotawe podszycie.

I wtedy Esma powiedziała — cicho, ale tak że usłyszeli wszyscy:

— Patrzcie.

Zadanie malarskie

Jeżeli chcesz spróbować akwareli to właśnie jest ten moment.

Dlaczego warto:

  • A.I. nie da oryginału, namacalnego, prawdziwego
  • Malowanie odstresowuje – to świetna terapia
  • Swoją pracę możesz dać w prezencie komuś i ten ktoś będzie zachwycony

Jeżeli się zdecydujesz to ten kurs który normalnie kosztuje 199 zł dostaniesz za darmo ale…

jest jedno obostrzenie. Jeżeli nic nie namalujesz a tylko zgarniesz kurs to będziesz musiał za niego zapłacić 😉

Za namalowanie wszystkich przykładów z tego kursu dostaniesz :

Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 

 

Zadania Digital Painting

Namaluj w Procreate lub Kricie lub w dowolnie innym programie festiwal świateł nad Sargonią. Za to zadanie dostaniesz Kwinar png 50x50  Kwinar png 50x50

 

Nad górami.

Daleko, za linią lasów, za łańcuchem wzgórz na wschodnim horyzoncie — tam, gdzie normalnie niebo było ciemne i spokojne — coś się zaczęło.

Najpierw jak zorza — pionowe smugi światła, bladozielone i różowe, falujące powoli jak tkanina na wietrze. Potem do nich dołączyły inne — głęboki karmazyn, ciepły pomarańcz, biel tak ostra, że przez chwilę Athor myślał, że to błyskawica, ale błyskawica trwa sekundę, a to trwało.

Smugi zaczęły się splatać. Krzyżować. Rozchodzić i wracać do siebie. Tworzyły kształty które nie były żadnymi kształtami a jednak przez chwilę każdy przy ogniu widział w nich coś innego — bo takie jest prawo świateł na nocnym niebie, że każde oko czyta je inaczej.

— Co to jest — powiedział Kajust, nie pytając, tylko mówiąc na głos to czego wymyśleć nie umiał.

— Widziałem to raz — powiedział Arvend. — Dawno. Byłem chłopcem. Ojciec powiedział, że to bogowie rozmawiają.

— Bogowie rozmawiają — powtórzyła Sihirma z rozmarzeniem, jakby to był tytuł pieśni, którą chciałaby zaśpiewać.

— W starych tekstach — powiedział Athor — nazywa się to Festiwalem Świateł nad Sargonią. Zdarzało się kilka razy w wieku. Nikt nie wie, dlaczego. Niektórzy mówią o zjawiskach w górach — o gazach wulkanicznych które zapalają się od ciepła skał. Inni o czymś innym.

— A ty co mówisz? — zapytała Esma.

Athor patrzył w górę.

— Mówię, że nie wiem — powiedział. — I że to wystarczy.

Daliana wyciągnęła się na plecach na trawie i patrzyła w górę z rękoma pod głową. Jej twarz w tym świetle — raz różowa, raz złota, raz bladozielona — wyglądała jak twarz kogoś ze starych malowideł, tej nieziemskiej równości, którą malarze przypisują postaciom ważniejszym od zwykłych ludzi.

Eliana siedziała obok niej i też patrzyła. Na jej spiralnych kolczykach grały kolory — mały pryzmat, który tańczył ze zmianami nieba.

Kael leżał na plecach i miał zamknięte oczy.

— Nie patrzysz — powiedziała Eliana.

— Słucham — odparł Kael.

— Słuchasz czego?

— Tego co mówi. Każde światło ma inny dźwięk, jeśli bardzo chcesz usłyszeć.

Eliana spojrzała na niego z powątpiewaniem.

— Nic nie słyszę.

— Bo nie chcesz wystarczająco.

Ravelin chrząknął.

— Kael.

— Co?

— Nie bądź taki.

— Jaki?

Taki.

Kael uśmiechnął się z zamkniętymi oczami i nic nie powiedział.

Na tle spektaklu świateł, sto metrów w dół rzeki, na palach wbitych w spokojniejszy nurt Sargonii, stała chata.

Mała, drewniana, z dachem, ze słomy który po latach nabrał kształtu czegoś organicznego — nie geometrycznego, lecz wyrośniętego jak grzyb albo gniazdo. Okno świeciło ciepłym żółtym światłem. Z komina szedł cienki sznur dymu.

Rybacy.

Athor patrzył na tę chatę przez chwilę — na jej pale wbite w wodę, na swąd dymu który docierał tu razem z zapachem rzeki, na spokój tej małej kompozycji na tle nieba które paliło się nad górami wszystkimi kolorami naraz.

Chciałem kiedyś czegoś takiego, pomyślał. Małego. Spokojnego. Z oknem wychodzącym na coś co jest zawsze inne.

Morandor lubiłby siedzieć w takim oknie.

Wstał powoli, odsunął się od ognia kilkanaście kroków i stanął nad brzegiem. Rzeka była czarna w nocy, z refleksami świateł z nieba — plamami karmazynu i złota roztopionymi w nurcie.

Usłyszał kroki. Liriona — ją zawsze słyszał, bo chodziła prawie bezgłośnie, ale nie całkowicie, nie przy trawie i Athor przez lata nauczył się słuchać tego co prawie nie istnieje.

— Ktoś śledzi lewy brzeg — powiedziała stając obok niego.

— Ile?

— Jedna osoba. Porusza się równolegle. Zwalnia, kiedy my zwalniamy.

— Aloka.

— Nie wiem. Nie widziałam twarzy. Ale szli tam, odkąd wyszliśmy z miasteczka przy kuźni.

Athor patrzył w ciemność po lewej stronie rzeki. Nic nie widział. Ale Liriona widziała.

— Zostaw — powiedział. — Niech wie, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Będzie mówił Gnabburowi gdzie jesteśmy, a my będziemy wiedzieć, że on wie. To też jest informacja.

Liriona milczała przez chwilę.

— Sprytne — powiedziała.

— Stare — poprawił Athor.

Wrócili do ognia.

Jedenasty dzień — bród i dopływ Sargonii

Rano niebo było czyste, bez śladu świateł, jakby noc sama się wymazała ze wstydu za własny spektakl.

Dopływ Sargonii był nie wielki — może dwadzieścia metrów szerokości w najszerszym miejscu, z nurtem szybszym niż można by ocenić po spokojnej powierzchni. Kamienie wystawały tu i tam, tworząc naturalny bród — ale naturalny nie znaczyło wygodny.

Kajust przeszedł pierwszy na Strzygoniu, który stawiał kroki z pogardliwą ostrożnością istoty przekonanej, że jest za dobra do brodzenia. Woda sięgała mu do połowy ud — czterdziestocentymetrowy środek nurtu  sprawił, że musiał rozpostrzeć stabilizująco boczne wyrostki i szedł przez chwilę jak wielki, pomarszczony statek.

Konie i osły przeszły bez dramatu.

Ludzie — z mokrymi nogami do kolan, z tej czy innej strony.

Athor szedł ostrożnie, bo kolana przy kamiennym dnie i szybkim nurcie to połączenie, które w jego wieku nie jest bezpieczne. Podał rękę Sihirmie która weszła do wody i natychmiast zrobiła minę kogoś, kto ma do zimnej wody fundamentalne zastrzeżenia filozoficzne.

I wtedy pojawiły się żmijogłowy.

Nie te same co poprzedniej nocy — tamte były przy obozowisku kilometry w górę rzeki. Te były tutejsze. Mieszkały tu, w tym brodzie, między kamieniami i korzeniami olch które wchodziły do wody z obu brzegów.

Wyłaniały się z wody powoli — najpierw głowa, trójkątna i płaska, z nozdrzami tuż przed oczami, ze wzrokiem który nie wyrażał agresji ani lęku, tylko tę zimną, kompletną uwagę stworzeń które nie potrzebują interpretować świata, bo wystarczy im go obserwować.

Potem tułów — falujący, z bocznymi wyrostkami złożonymi przy brodzeniu, łuski mokre i odbijające słońce w drobnych kwadratach.

Stanęły — jeśli to słowo pasuje do czegoś co porusza się tak jak one — na kamieniach po obu stronach brodu. Obserwowały.

— Stać — powiedział Athor do całej drużyny. — Nikt się nie rusza gwałtownie.

Merid już stał nieruchomo — jego ulubiona poza w jakiejkolwiek niejasnej sytuacji.

Ravelin trzymał rękę przy mieczu.

— Nie — powiedział Athor bez odwracania się.

Ravelin puścił rękę.

Żmijogłowy obserwowały. Athor liczył je — siedem w wodzie, trzy na kamieniach, dwa ukryte pod korzeniami, których obecność zdradzały tylko żółte oczy.

Zrobił krok do przodu.

Żadnej reakcji.

Drugi krok. Trzeci.

— Za mną — powiedział spokojnie. — Tak jak idę.

Szli przez bród powoli, wszyscy skupieni na tym, żeby każdy krok był przewidywalny i spokojny. Żmijogłowy towarzyszyły im z obu stron w pewnej odległości — nie zbliżając się, nie odpływając, poruszając się razem z nimi z tą samą prędkością, jakby pełniły funkcję warty.

Kiedy ostatnia osoba — Mukko, który szedł na końcu z miną kogoś niekomfortowego z całą sytuacją — wyszła na drugi brzeg, żmijogłowy zatrzymały się na linii brodu.

I siedziały tam, patrząc jak drużyna odchodzi, aż zniknęła za zakrętem rzeki.

— Przepuściły nas — powiedział Kajust.

— Nie przepuściły — powiedział Athor. — Oceniły i uznały, że nie jesteśmy zagrożeniem dla ich nor. To różnica.

— Jaka różnica? Wyszliśmy cało.

— Różnica taka — powiedział Athor — że jak następnym razem podejdziesz do ich nor, nie wyjdziesz cało.

Kajust wzruszył ramionami i poprowadził Strzygonia dalej.

Athor szedł za nimi i przez chwilę jeszcze myślał o żmijogłowach — o tym zimnym, precyzyjnym sposobie istnienia. Oceniaj. Obserwuj. Reaguj tylko gdy musisz.

Stare zwierzęta mają mądrość, pomyślał. Dlatego przeżyły.

Wieczorem jedenastego dnia rozbili obóz na łące nad Sargonią. Rzeka robiła tu szerokie zakole i przy wewnętrznej krawędzi łuku leżały piaszczyste łachy, na których o zachodzie słońca Kembalo odbijał się złotem.

Mukko gotował. Wrzucił do kotła suszone grzyby, korzenie które Daliana nazbierała po południu, resztki solonej ryby kupionej w miasteczku przy kuźni i zioła z własnej sakwy — trzy rodzaje, odmierzane z powagą aptekarza.

— Skąd umiesz gotować — zapytała Esma, obserwując jak trzy ręce pracują jednocześnie: jedna miesza, jedna kroi, jedna poprawia ogień.

— Z konieczności — powiedział Mukko. — W garnizonie przy Forcie Gallona kucharz padł i przez tydzień byliśmy bez jedzenia, bo nikt inny nie umiał. W końcu sam zacząłem próbować.

— I jak wyszło?

— Nikt nie umarł. — Mukko wzruszył ramionami wszystkimi trzema. — W wojsku to wystarczy.

Zupa okazała się dobra. Nikt się nie spodziewał, ale była dobra — głęboka, korzenna, z tym grzybowym tłem, które dawało ciepło od środka.

Przy ogniu rozmawiali.

Nie o misji. Nie o Gnabburze. O rzeczach bez wagi — o tym jak Kembalo wyglądał tej nocy przy świetle Lestury, o tym skąd pochodzi nazwa rzeki, o tym czy w Grythollow gospody są lepsze niż Pod Topielcem.

Athor siedział z boku i słuchał. Lubił tak — nie uczestniczyć, tylko słyszeć. Głosy przy ogniu miały własny rytm, własną muzykę, i Athor przez lata nauczył się słyszeć w tym rytmie rzeczy, które ludzie mówili nie wiedząc, że je mówią.

Arvend był cichy.

Przez cały wieczór odezwał się dwa razy i oba razy krótko. Siedział trochę dalej od ognia, brodę opartą na pięści, jednym okiem — białym, wyblakłym — patrzył w ogień.

Liriona siedziała naprzeciwko niego przez cały wieczór i widziała to co widział Athor: człowiek, który jest wśród ludzi i jest sam.

Człowiek, który coś niesie.

Zdrajca, przemknęło przez głowę Athora, nie po raz pierwszy. Albo ktoś w bólu. Albo jedno i drugie, bo to nie zawsze jest rozłączne.

Gwiazdy wychodziły jedna po drugiej — najpierw te najjaśniejsze, potem coraz więcej, aż niebo zrobiło się tym co Athor znał z dzieciństwa i z każdej późnej nocy od tamtego czasu: bezkresem.

Byt jest, pomyślał Athor. A niebytu nie ma. Gdzieś tam jest Lortum, jest Wieża, jest coś czego nie rozumiem i przez to chcę tego bardziej.

I gdzieś tam — dalej niż dalej — Morandor. Który uciekał na strych, kiedy było za głośno.

Dotknął sakiewki na piersi.

Księżyce wędrowały wolno przez niebo, a Sargonia szumiała i szumiała i nie mówiła nic, poza tym, co rzeki zawsze mówią: płynę, płynę, płynę i nie zatrzymuję się na żadne pytanie.