ROZDZIAŁ CZWARTY: Kuźnia, zbroja i stwory w brodzie
Piąty dzień drogi — miasteczko przy Sargonii
Rankiem niebo było czyste i zimne, z tym szczególnym błękitem wczesnego lata który kłamie na temat temperatury. Tranygia stała nisko i rzucała długie cienie na bruk miasteczka, gdzie kilka ulic dalej dymił komin kuźni.
Athor zauważył to zanim jeszcze wyszli z gospody — charakterystyczny dym o zapachu węgla i rozgrzanego metalu, inny niż dym z domowych palenisk. Sięgnął po prawe przedramię i przesunął palcami po skórzanym ochraniaczu. Cztery z nitów po lewej stronie były obluzowane, skóra w jednym miejscu przetarta do połowy grubości. Przez kilka dni można by z tym chodzić. Przez kilka tygodni — niekoniecznie.
— Kowal — powiedział do Merida który stał obok i jadł chleb na stojąco.
Merid spojrzał na jego przedramię.
— Widzę — powiedział.
Kuźnia stała przy skrzyżowaniu dwóch ulic, na lekkim wzniesieniu nad resztą miasteczka, tak że dym szedł w górę ponad dachy i nie dusił sąsiadów. Budynek był dwupiętrowy z poddaszem, zbudowany z szarego kamienia łupanego w dolnej partii i ciemnego drewna powyżej — gdzie drewno wchodziło w kamień, fugi były uszczelnione smołą która przez lata wyglądała jak atramentowa obwódka. Dach złożony był z kilku spadów o różnym kącie, jakby powiększano go kilka razy przy różnych właścicielach — każdy fragment nachylony inaczej, z lukarnami na trzech połaciach i kominem centralnym który był szerszy niż głęboki i z którego teraz leciał w górę gęsty, ciemnoszary dym.
Wejście do kuźni przez trzy kamienne arkady — łuki pełne, grubego muru, z kamieniami ciosanymi w klucz. Podłoga w arkadach była ubitą ziemią, wdeptaną przez lata na twardość kamienia. Po bokach arkad wisiały na żelaznych hakach różne rzeczy — stare podkowy, wiązki drutu, kawałek starego łańcucha, coś czego funkcji Athor nie rozpoznał. Do samego domu kowala prowadziła boczna droga przez kamienną bramę — dwa filary i łuk, z pozbawionym tynku piaskowcem który przez lata wybarwił się na miodowo.
Przez arkady widać i słychać było wnętrze kuźni.
Wewnątrz powietrze było inne.
Nie tylko gorące — to oczywiste. Inne, nasycone inaczej, jakby miało gęstość szkła. W pobliżu otwartego paleniska powietrze wibrowało widocznie — w promieniu metra lub dwóch płomień i rozgrzany metal zakrzywiały to co było za nimi jak nieudany obraz. Wióry i skrawki żelaza na podłodze połyskiwały rdzawo przy każdym przesuwie płomienia.
Palenisko stało przy ścianie — kamienna niecka o głębokości na pół metra, z rusztem i miechem bocznym, którego skórzana komora dyszała rytmicznie w rękach pomocnika — chłopca lat może czternastu, w fartuchu do ziemi, z twarzą czerwoną od żaru. Komin nad paleniskiem był szeroki jak beczka, z metalowym kapeluszem na szczycie który łapał i kierował dym. Drugie palenisko — mniejsze, do drobniejszych robót — stało pośrodku kuźni bez komina, tylko z otworem w dachu powyżej, przez który wylatywały ziarenka żaru.
Przy głównym palenisku stało kowadło. Ogromne, żeliwne, na dębowym klinie wkopane w ziemię. Na kowadle leżał wykuwany kawał żelaza, jeszcze czerwony, o kształcie który Athor rozpoznał jako zalążek zawiasu do ciężkich wrót. Drugi pomocnik — starszy, z potężnymi ramionami — trzymał go długimi szczypcami.
Przy murze wisiały obcęgi różnych rozmiarów — od takich na palec po takie na obie dłonie — zebrane na żelaznych kołkach jak ptaki na drucie. Obok rząd młotów: mały do precyzji, średni do kształtowania, wielki do kucia — każdy z trzonkiem wypolerowanym przez lata użycia, drewno ciemne od tłuszczu z rąk i ciepła. Pod ścianą balie z wodą do hartowania — dwie z zimną, jedna z olejem, każda o innym zabarwieniu i zapachu. Woda w balii środkowej była czarna od sadzy i żelaza, z cienką, tłustą warstewką na powierzchni.
Okna były małe i dzielone w każdej szybie przez krzyże ołowianych szprosów na jeszcze mniejsze kwadraty — okien było tyle, tyle co było potrzeba, nie więcej. Przez nie wpuszczały mleczne smugi światła które mieszało się z żółcią płomienia i wytwarzało wnętrze barwione jak stara ikona. Więźba dachowa była otwarta — bez sufitu, tylko belki i krzyżulce i między nimi, w górze, małe okienka poddaszowe przez które uchodzić mogło stare powietrze, dym i żar. W tych górnych rejonach panował własny klimat — ciemny, kłębiący, ze strzępkami sadzy fruwającymi leniwie przy każdym podmuchu z dołu.
Ściany — kamień z odpadającym tynkiem w kolorze którego kiedyś może był biały, ale teraz był kolorem dymu i lat. W miejscach gdzie tynk odpadł, kamień był czarny od sadzy jakby pomalowany.
Przy ścianie naprzeciw — przy oknie które od zewnątrz wychodziło na podwórze — siedział przy stole mężczyzna i pracował rękami nad czymś okrągłym i glinianym. Garncarz. Brat kowala — widać było bez pytania, bo mieli te same uszy i ten sam kształt szczęki, tylko jeden był wielki i czerwony od żaru, drugi chudy i szary od gliny.
Kowal sam stał przy kowadle i bił.
Nazywał się Kerys. Miał może czterdzieści pięć lat i wyglądał jak ktoś kto przez te lata jadł dużo i spał mało i to mu służyło. Ramiona grube jak belki stropowe, ale twarz — twarz kogoś, kto skończył szkołę i gdzieś to zapamiętał. Ciemne włosy przyklejone potem do skroni, broda dwudniowa, fartuch skórzany okryty siecią śladów każdej z poprzednich robót.
Piękny mężczyzna — Athor to zauważył, bo Athor zauważał fakty.
Kerys uniósł głowę gdy wchodzili i odłożył młot.
— Skrymfo — powiedział Athor.
— Skrymfo — odparł Kerys. Głos niski, powolny, taki jaki mają ludzie którym nigdzie się nie spieszy bo praca czeka zawsze. — Co mogę zrobić?
Athor wyciągnął przedramię.
Kerys obejrzał ochraniacze powoli, obracając przedramię Athora w obu dłoniach jak garncarz obracaną bryłę gliny. Zmrużył oczy. Dotknął obluzowanych nitów. Nacisnął kciukiem przetartą skórę.
— Kowal tego nie naprawi — powiedział w końcu. — To jest robota płatnerska. Tu i tu — — wskazał dwa miejsca — trzeba z powrotem osadzić nity, wymienić skórę i sprawdzić czy podkładka stalowa nie puściła przy krawędzi. Jak puściła to pierwszy mocniejszy cios wyrwie wam połowę ochraniacza razem ze skórą.
— Jest płatnerz w mieście? — zapytał Athor.
— Sto metrów stąd w dół ulicy. Dorval. Dobry rzemieślnik, trochę powolny ale dokładny. Powiedzcie że od Kerysa.
— Ile zajmie mu to czasu?
— Pięć godzin jeśli nie ma zaległości. Może sześć.
Athor skinął głową.
W tym momencie Esma, która przez całą rozmowę stała z tyłu i oglądała wnętrze kuźni, podeszła bliżej paleniska. Kerys to zauważył. I Athor zauważył, że Kerys to zauważył.
— Niezwykłe miejsce — powiedziała Esma patrząc w górę na więźbę dachową.
— Trzydzieści lat tu pracuję — powiedział Kerys. — Ojciec przede mną. I jego ojciec.
— I dziadek?
— Dziadek był murarzem. Ale stawiał tu kamień po kamieniu.
Esma uśmiechnęła się. Kerys też się uśmiechnął.
— Długo tu jesteście? — zapytał, ale patrzył na Esmę.
— Jeden dzień — powiedział Athor.
— Szkoda — powiedział Kerys, ale mówił to nadal do Esmy. — W miasteczku jest dobry targ. I gospoda lepsza niż Pod Topielcem.
— Pod Topielcem nocowaliśmy — powiedziała Esma.
— I jak?
— Nazwa adekwatna.
Kerys się zaśmiał.
— Mogę zaproponować kolację — powiedział. — U mnie.
— Masz żonę? — przerwała Esma z uprzejmym zainteresowaniem i dokładnie takim wyrazem twarzy, który odbierał zdaniu wszelką złośliwość jednocześnie zostawiając je kompletnym.
Kerys chrząknął.
— Mam — powiedział.
— To miłe zaproszenie. Ale musimy ruszyć o świcie.
Kerys wrócił do kowadła z miną człowieka który próbował i nie żałuje że próbował.
Przy ścianie garncarz uśmiechał się do swojej gliny.
Warsztat płatnerski Dorvala stał przy wąskiej uliczce bocznej, sto metrów od kuźni — tak blisko, że w dniach kiedy obaj pracowali jednocześnie można było słyszeć uderzenia młota Kerysa przy każdym otwarciu okna.
Budynek był mniejszy niż kuźnia ale zadbany inaczej — szyby w oknach czyste, framuga wymalowana na ciemnoniebieski kolor który wyróżniał go wśród szarości ulicy, nad wejściem szyld z wyrzeźbionym kirysem, polerowanym tak że w słońcu odbijał niebo.
Pierwsze pomieszczenie była salą wystawową.
Athor stanął w progu i przez chwilę nie wszedł — bo wnętrze wymagało chwili.
Na drewnianych stojakach wzdłuż ścian stały zbroje. Nie wystawione jak eksponaty — raczej jak ludzie czekający w kolejce, każda z własną postawą i charakterem. Kirys pełny z opuszczonym przyłbicą, gotowy do walki. Zbroja półpłytowa z naramiennikami laminowanymi, każda łuska inna. Kolczuga tak drobno tkana, że wyglądała jak tkanina — zdjąć można by ją i złożyć jak koszulę. Przy nich broń: miecze długie i krótkie, szable, kilka toporów z wąskim ostrzem, nadziak z głowicą jak pąk kwiatu z kolcami, parę sztyletów o różnej długości głowni.
I kirys przy ścianie, wypolerowany na lustro.
Merid stanął przed nim i spojrzał na swoje odbicie.
— Wyglądasz jak ktoś kto dopiero co się obudził — powiedział Kael stając obok.
— A ty wyglądasz jak ktoś kto nigdy nie zasypia — odparł Merid.
Kael stanął przed kirysem i przygładził włosy.
— Wolę — powiedział.
Ravelin z kolei podszedł do nadziaka, wziął go w rękę i poczuł wyważenie.
— Dobra robota — mruknął do siebie.
— Mógłbyś go kupić — powiedział Mukko trzema rękami jednocześnie przeglądając sztylet.
— Mam czym płacić — odparł Ravelin — ale mam też dość żelaza przy pasie. — Odłożył nadziak. — Choć to naprawdę dobra robota.
Esma tymczasem stała przy gablocie przy ścianie i patrzyła na rząd sztyletów. Jeden był mały — może piętnaście centymetrów głowni, z uchwytem oplecionym ciemnobrązową skórą i małą tarczką jelca w kształcie liścia. Prosta rzecz, ale elegancka w tej prostocie — jakby ktoś powiedział dokładnie jedno zdanie i to zdanie było właściwe.
Esma wzięła go.
Ważył mniej niż się spodziewała. Dobrze. Wzięła go w lewą rękę, przetestowała chwyt, schowała do pasa.
— Za ten zapłacę — powiedziała do powietrza.
Nikt jej nie odpowiedział, bo wszyscy byli zajęci oglądaniem.
Drugie pomieszczenie — warsztat właściwy — pachniało metalem i skórą i olejem do polerowania, który Dorval nakładał na płyty szmatką owiniętą na kiju. Było mniejsze niż sala wystawowa i bardziej zapieczętowane w sobie — dwie ławy robocze, regały z narzędziami, skrzynki z nitami i pierścieniami posegregowanymi według rozmiaru.
Dorval siedział przy ławie. Był w wieku Athora lub może trochę starszy — łysina od czoła, reszta włosów szara jak popiół, twarz człowieka który spędził życie na pochylaniu się nad drobnymi rzeczami i wygląda dziś jak ten wysiłek. Przy oku nosił monokl z lupą powiększającą, przypiętą sprężynką do ucha — takie urządzenie Athor widywał u jubilerów.
Obejrzał ochraniacze. Powiedział, że pięć godzin – zostawi informację w gospodzie jak będzie gotowe.
Athor zapłacił połowę z góry.
— A tak — powiedział Dorval zanim wyszli, chwytając Athora za ramię spokojnym gestem człowieka który przypomniał sobie coś ważnego. — Most z kości.
Athor się odwrócił.
— Pięć dróg stąd — powiedział płatnerz. — Słyszałem, że jeden kwinar od osoby, ale to stare informacje. Teraz może być inaczej. I miejcie się na baczności. Strażnicy tam są.
— Jacy strażnicy?
Dorval zmrużył oczy.
— Eegduu — powiedział. — A jak ich jest za mało to zawołają resztę i zrobi się ich dużo.
Czekali nad brzegiem Sargonii.
Dorval miał rację co do widoku — rzeka tutaj rozlewała się szeroko, z łachami piaszczystymi w połowie nurtu, gdzie stały czaple. Na drugim brzegu las cedrów schodził aż do wody, ciemny i pachnący. W powietrzu coś dużego — nie ptak, bo skrzydła miało za szerokie i za wolno machało — krążyło powoli nad koronami.
Eliana siadła na kamieniu nad wodą. Wiatr poruszał jej ciemnoblond włosami, a w uszach spiralne kolczyki odbijały słońce przy każdym obróceniu głowy. Bransolety — ich miała zawsze za wiele i zawsze w złym momencie zbyt brzęczały — leżały chwilowo na kolanach, bo zdjęła je i polerowała materiałem. Układała je z powrotem jedną po drugiej z tym skupionym wyrazem twarzy jaki miała przy biżuterii.
Daliana siedziała obok i jadła jabłko.
— Masz za dużo tych — powiedziała wskazując bransolety.
— Nie mam za dużo.
— Brzęczysz.
— Lubię.
— Inni nie lubią.
— Inni nie muszą chodzić za mną.
Daliana wzruszyła ramionami i ugryzła jabłko. Była piękna — tym wyraźniejszym, głębszym pięknem które nie potrzebuje biżuterii ani wysiłku, co jej siostrę irytowało w sposób który obie rozumiały i o którym nigdy wprost nie mówiły.
Athor siedział z dala od wszystkich. Plecami do cedru, twarzą do rzeki. Tak lubił — z boku, żeby widzieć i nie musieć rozmawiać.
Patrzył na wodę.
Morandor lubił wodę, pomyślał. Chodził nad Sargonię kiedy mieszkaliśmy w tamtej dzielnicy. Siadał i patrzył na ryby. Miał sześć lat i już umiał być cicho tak jak dorośli nie umieją.
Dotknął sakiewki na piersi.
Gdybym był w domu tamtego dnia. Gdybym nie pojechał do Bredanu z tymi cholernymi planami fortyfikacji. Gdybym był w domu, poszedłby ze mną nad rzekę a nie na strych.
Rzeka płynęła. Czapla stała nieruchomo w płyciźnie.
Gdybym. Ale Ordele by powiedział, że nie ma żadnego gdybym. Że wszystko co się stało, stało się tak jak musiało. Że każde zdarzenie jest wynikiem poprzedniego i żaden z nas nie ma w tym żadnej zasługi ani winy.
Athor nie był pewien czy w to wierzy.
Był pewien, że byłoby łatwiej gdyby wierzył.
Po pięciu godzinach — bliżej sześciu — Dorval przysłał chłopca z informacją, że ochraniacze są już gotowe. Athor wrócił, zabrał, założył. Nity siedziały pewnie, skóra nowa i twarda przy krawędzi, stal pod spodem sprawdzona.
— Dobra robota — powiedział.
— Od Kerysa mam dobrych klientów — odparł Dorval.
Athor zapłacił resztę.
Wyszedł na ulicę i spojrzał na południe, gdzie za miasteczkiem droga biegła dalej wzdłuż Sargonii.
Pięć dni za Kyreltis. Trzysta kilometrów do Grythollow. Tysiąc pięćset metrów różnicy wzniesień do pokonania.
I Gnabbur gdzieś pomiędzy, szukający odpowiedniego miejsca.
Dobrze, pomyślał Athor. Niech szuka.
Bród Żmijogłów — dziesiąty dzień drogi
Most z kości przyszedł w deszcz.
Nie w burzę — w ten leniwy, ciągły deszcz który pada nie z żadnego konkretnego powodu, tylko dlatego, że niebo postanowiło być szare i mokre i nie wyobraża sobie żeby robić cokolwiek innego. Rzeka na brodzie była wyżej niż zwykle — mętna, brązowawa, z grudkami piany przy brzegach.
I był most.
Athor stanął i patrzył.
Kości były ogromne. Należały do czegoś czego nie widywało się już na Symilerze — zwierząt które żyły tu może tysiące lat temu i po których zostały tylko te szczątki i kilka zapisów w starych księgach, które Athor czytał kiedyś w bibliotece przy dworze królewskim. Kręgosłupy — wyginały się w łuki mostowe, każdy krąg kręgowy gruby jak koło od ciężkiego wozu, połączone ze sobą i z sąsiednimi łukami przez mniejsze kości — żebra może, albo kości kończyn, ułożone poprzecznie, spinane żelazem, które ktoś w przeszłości dorobił do starych kości bez zwracania uwagi na estetykę. Chodnik mostowy był z desek — nowych desek, wciąż pachnących żywicą — ułożonych na tej pradawnej podstawie.
Kości były zmurszałe. Pokryte mchem w odcieniach zieleni i szarości, z plamami porostów żółtawych i kremowych. W wielu miejscach pęknięcia naprawiono żelazem. Całość wyglądała jak coś co nie powinno stać, a jednak stoi, bo nikt mu nie powiedział że nie powinno.
Przy barierce po obu stronach stało pięciu strażników.
Eegduu.
Athor widział je wcześniej tylko na rysunkach w starych bestiariuszach. Rysunki były niewystarczające.
Były wielkości dużej małpy — może metr dwadzieścia wzrostu, zwinne w tym specyficzny sposób jak zwinne są stworzenia, które rozwinęły swoje ciała bez planu. Chodziły na dwóch nogach, ale ciągle z przodu wygięte, jakby zaraz miały spaść na cztery. Skóra sino-biała z wyraźnym żyłowaniem — ciemnoniebieskie linie pod powierzchnią, widoczne przy każdym ruchu mięśni jak mapa rzek. Oczy błękitne — ale nie żywe, nie błyszczące jak u zdrowego zwierzęcia. Mętne. Bez źrenic, bez białek, jednolite bladobłękitne kule jakby wycięte z lodu i umieszczone w głowie bez zamiaru.
I zęby.
Dziesiątki. Długie, ostre, gęste, zajmujące miejsce gdzie powinna być dolna część twarzy — bo Eegduu nie mogły zamknąć pyska. Szczęki rozchylone zawsze, maska zębów zawsze odsłonięta. Z między nich — z między tych zębów, z tej zawsze otwartej paszczy — ciekła zielonkawa ciecz, gęsta jak żywica, o zapachu który Athor poczuł z dziesięciu metrów i który sprawił że odruchowo wstrzymał oddech.
— Śmierdzi — powiedział Kajust głucho.
— Wiem — powiedział Athor. — Nie mów nic więcej, idę.
Podszedł do środkowego strażnika. Tamten patrzył na niego mętnoniebieskimi oczami i nie ruszył się.
— Przekroczenie mostu — powiedział Athor spokojnie — dla grupy dwunastu osób, dwóch koni, dwóch osłów i jednego Strzygonia.
Eegduu wypuściło z pyska bulgocący dźwięk który mógł być odpowiedzią.
— Kwinar od osoby? — spróbował Athor.
Kolejny dźwięk. I tym razem któreś z pozostałych czterech odpowiedziało podobnym.
Athor wytrzymał zapach. Starał się.
— Pięć kwinarów od osoby — powiedział drugi Eegduu, tym razem po symalińsku, wyraźnie i bez żadnego akcentu — co było jakoś bardziej przerażające niż poprzednie bulgoty.
— Jeden — powiedział Athor.
— Pięć.
— Dwa.
— Pięć.
Athor odwrócił się i spojrzał na drużynę z miną człowieka który właśnie wyjaśnił sytuację i prosi o spokój.
Ravelin, Kael i Merid stali razem i patrzyli na Eegduu ze wspólnym wyrazem twarzy który u wszystkich trzech czytał się tak samo: nas jest więcej, ich jest pięciu, to oczywiste co zrobić.
— Chwila — powiedział Athor do Eegduu. Podszedł do trójki. — Spokojnie.
— Jest ich pięciu — powiedział Ravelin.
— Spokojnie.
— Athorze, naprawdę … —
— Nie.
— Możemy … —
— Słuchajcie — powiedział Athor cicho i wyraźnie — jest ich pięciu których widać. I gdzie jest reszta?
Ravelin zmrużył oczy.
Kael spojrzał na most. Potem pod most. Potem na wodę.
Merid już patrzył pod most od początku.
— Idę sprawdzić — powiedział Merid i odszedł wzdłuż brzegu.
— Zostań — powiedział Athor, ale Merid już szedł.
Nigdy mnie nie słucha, pomyślał Athor ze zmęczeniem które było starszym bratem złości.
Zanim zdążył cokolwiek zrobić, Kael powiedział no to — i ruszył za Meridem, a za nimi Ravelin bo w takiej sytuacji żaden z nich nie zamierzał zostać w tyle.
Athor poczuł w żołądku to charakterystyczne uczucie człowieka który widzi jak coś spada i wie że nie zdąży złapać.
Trójka weszła na most.
Minęli strażników — Eegduu rozstąpiły się, patrząc tymi swoimi oczami — doszli do połowy.
I wtedy spod mostu zaczęły wychodzić kolejne.
Z wody. Ze szczelin między kośćmi kręgosłupów. Z obu brzegów, spod kamieni, z sitowia. Wydawało się że ziemia je rodzi — jedna, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Każdy z tą samą sino-białą skórą i tymi samymi mętnymi oczami i tym samym otwartym pyskiem z którego ciekło.
W ciągu minuty było ich ponad pięćdziesiąt.
Otoczyły trójkę na moście w ciszy, bo Eegduu nie hałasowały. Tylko te dźwięki — bulgoczące, gardłowe — przechodzące z jednego do drugiego jak sygnał który wszyscy rozumieją.
Ravelin trzymał rękę na rękojeści miecza.
Kael zdjął rękę z miecza — mądrą decyzją, może pierwszą którą podjął dziś rano.
Merid stał nieruchomo jak zawsze i patrzył.
Athor wszedł na most spokojnym krokiem.
— Przepuście — powiedział do Eegduu. Rozstąpiły się, niechętnie.
Dotarł do trójki.
— Odchodzimy — powiedział cicho.
— Nas jest —
— Odchodzimy — powtórzył, tym razem ciszej i z tym specyficznym tonem który oznaczał że nie ma zamiaru powtarzać po raz trzeci.
Wycofali się spokojnie. Eegduu obserwowały.
Przy wejściu na most Athor odwrócił się do głównego strażnika.
— Siedem kwinarów od osoby — powiedział Eegduu.
Athor liczył w głowie. Dwanaście osób — siedemdziesiąt cztery kwinary. Do tego konie i osły i Strzygoń.
— Sześć — powiedział.
— Siedem.
Athor nie licytował dalej, zapłacił siedem.
Po drugiej stronie mostu drużyna szła w milczeniu przez dłuższą chwilę. Athor szedł na przedzie i nie patrzył na nikogo. W końcu Liriona dotarła do niego i szła obok w tym swoim bezgłośnym kroku.
— Przepłaciliśmy — powiedziała.
— Wiem.
— Przez nich.
— Wiem.
— Nie powiesz im?
Athor spojrzał na Ravelina, Kaela i Merida, którzy szli z tyłu z miną ludzi, którzy zrobili coś głupiego i to wiedzą, ale nie zamierzają tego przyznawać.
— Już wiedzą — powiedział.
Przez następną godzinę nikt nie mówił do trójki wprost. Ale mówili wokół — o cenie, o taktyce, o tym ile razy w życiu warto sprawdzać czy jest więcej niż pięciu strażników nim ruszy się do przodu. Ravelin odpowiadał monosylabami. Kael milczał. Merid szedł z przodu i udawał, że jest sam.
Kajust na Strzygoniu wyciągnął flet i zagrał — melodia była pogodna, beztroska, o kilka tonów zbyt wesoła jak na sytuację.
Sihirma, która przez cały epizod na moście stała na brzegu i kreśliła w powietrzu świecące kształty, podeszła teraz do Kajusta i zaczęła tańczyć obok Strzygonia — dwa kroki w lewo, dwa w prawo, z rękoma uniesionymi jakby zbierała deszcz.
Liriona patrzyła na to przez chwilę.
— Wszystko u niej dobrze? — zapytała Athora.
— Trudno powiedzieć — odparł Athor.
Przed zmrokiem zatrzymali się nad Sargonią żeby rozbić obóz.
I wtedy przy kamieniach, w płyciźnie gdzie rzeka robiła zakole, zaczęły się pojawiać.
Żmijogłowy.
Ciało jak u węża — ale nie cylindryczne, lecz spłaszczone pionowo, faliste, z bocznymi wyrostkami które nie były skrzydłami i nie były odnóżami — były czymś pomiędzy, płaskimi żebrami pokrytymi łuską, pozwalającymi stworzeniu poruszać się w wodzie i po ziemi innym ruchem niż wąż. Głowa trójkątna i płaska jak nóż — szeroka z tyłu, zwężająca się do tępego czubka z przodu, z nozdrzami osadzonymi nie na końcu pyska lecz na górze, tuż przed oczami. Oczy żółte, pionowa źrenica.
Poruszały się dwiema metodami naraz — tylna połowa ciała jak wąż, boczne wyrostki jak wiosła, głowa nieruchoma w czasie ruchu, skierowana zawsze na to na co patrzyły. Wychodziły z wody i zatrzymywały się w pewnej odległości od obozowiska. Obserwowały.
Było ich może dwanaście. Może piętnaście.
Arvend przykucnął przy brzegu i patrzył na jedną która była najbliżej — metr wody między nimi, stworzenie nieruchome jak malowany kamień.
— Nie zbliżaj się — powiedział Athor.
— Wiem — powiedział Arvend. — Widziałem je kiedyś przy Ormath. Nie atakują dopóki nie podejdziesz pod ich nory.
— Gdzie mają nory?
Arvend wskazał na kamienie w środkowym nurcie rzeki.
— Tam. Pod spodem. Całe systemy.
Żmijogłów przy brzegu przekrzywił głowę. Wyrostki boczne drgnęły — raz, dwa razy — jakby testowały powietrze.
Potem, tak cicho jak przyszły, zeszły z powrotem do wody.
Tylko fala na powierzchni, tylko małe kółka i już nic.
Athor patrzył na rzekę przez długą chwilę.
Obserwują i odchodzą, pomyślał. Bronią swojego i nie wchodzą gdzie nie powinny.
Mądrzejsze od połowy ludzi których znam.
Niech Esital nas prowadzi!

