ROZDZIAŁ DRUGI: Loch Eredona
Kyreltis, zamek namiestnika — koniec lata, wieczór
Burza przyszła od gór, jak to burze w Kyreltis mają w zwyczaju — bez zapowiedzi, z impetem kogoś kto dawno miał ochotę coś powiedzieć i w końcu powiedział. Najpierw niebo sczerniało po zachodniej stronie, potem wiatr zmienił kierunek i zapachniało ozonem i mokrym kamieniem, a zanim dotarli do bramy zamkowej, deszcz lał już z taką energią jakby chciał wypłukać bruk do fundamentów.
Wieża bramna zamku Kyreltis była masywna i stara — zbudowana z szarego łupanego kamienia, z blankami, na szczycie które przez wieki zebrały grubą warstwę mchu. Dwie pochodnie w żelaznych uchwytach po bokach bramy trzepotały w deszczu, nie gasząc się, bo ktoś dawno temu pomyślał, żeby osłonić je szklanymi kloszami. Strażnicy wpuścili Zorvathara bez słowa. Athor i drużyna przeszli za nim.
Dziedziniec zamkowy był szeroki i brukowany — w tej chwili zamieniał się w patchwork kałuż połączonych ze sobą strumieniami wody spływającej z rynien. Ravelin natychmiast ruszył w stronę stajni prowadząc swojego konia i konia Athora — Dretora, do którego boków przytroczone były masywne skórzane pasy podtrzymujące szkatułę. Szkatuły jeszcze nie było. Miała być. Dretor szedł spokojnie, mokry i zirytowany jak każdy koń w deszczu.
Kajust zatrzymał Strzygonia na środku dziedzińca. Stworzenie rozejrzało się wokół długą szyją, mrugnęło powiekami poziomo — co u Strzygoniów znaczyło tyle co wzruszenie ramionami — i dało się przywiązać do żelaznego pierścienia w ścianie. Dwa osły juczne stanęły przy nim, rezygnując ze świata za pomocą zwisających uszu.
— Pod krużganki — powiedział Athor do reszty i nie czekając ruszył w kierunku arkad.
Krużganki zamkowe otaczały dziedziniec z trzech stron — kamienne łuki wsparte na smukłych filarach, z dachem wystarczająco szerokim, żeby można było pod nim stanąć suchą stopą. Ekipa zgromadzona pod nimi otrząsała się z deszczu, ściskając mokre płaszcze i klnąc pod nosem w różnych językach.
— Piękne miejsce — mruknął Kael, patrząc na strumienie wody lejące się z rynien. — Naprawdę cieszę się, że wybrałem ten zawód.
— Wody się boisz? — zapytała Esma bez odwracania głowy.
— Wody nie. Mokrego tłumu tak.
Athor stał przy ostatnim filarze krużganku i patrzył na drzwi.
Właściwie — wrota.
Wejście do Lochu Eredona znajdowało się w najstarszej części zamku, w skrzydle północnym, które ktoś przed wiekami wmurował bezpośrednio w skalę. Wrota miały półtora metra szerokości i trzy metry wysokości, zbite z litego czarnego drewna tak twardego, że wyglądało jak skamielina. Okucia — żelazne, inkrustowane brązem — obejmowały deski w regularnych odstępach, tworząc siatkę tak ciasną, że drewno było niemal niewidoczne.
Ale nie okucia przykuwały uwagę.
Była to metaloplastyka. Pokrywała całe wrota od góry do dołu, i — co Athor zauważył po chwili z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku — poruszała się.
Nie gwałtownie. Nie tak, żeby można było powiedzieć poruszyła się i wskazać który element. Raczej jak oddech śpiącego człowieka — kiedy patrzysz, nic się nie dzieje, ale kiedy odrywasz wzrok i wracasz, coś jest inaczej. Metalowe figury zmieniały swoje położenie. Reagowały.
W centrum kompozycji znajdował się szkielet w profilu — wysoki, w zbroi i powłóczystym płaszczu, z czaszką wyraźnie nieludzką: zbyt wydłużoną po bokach, z łukami jarzmowymi jak wystające krawędzie kamienia. Przebitych było przez niego wiele mieczy i sztyletów wchodzących z różnych stron, lecz postać stała, jakby nie rozumiała że powinna upaść. Prawe ramię miała uniesione w górę, lewym przyciągała do boku tarczę — widzianą od wewnątrz, z której wewnętrznej powierzchni biegł otok dziwnych liter i symboli, po trzy, po pięć, ułożonych w spirale.
Tłem była eksplozja broni drzewcowej rozchodząca się promieniście od centralnej postaci — włócznie, halabardy, oszczepy, glewnie — ułożone tak precyzyjnie, że między każdą parą mieścił się jeden motyw: oko. Oczy różniły się od siebie — szeroko otwarte, na wpół przymknięte, z pionową źrenicą, z poziomą, otoczone liniami zmarszczek lub gładkie jak kamień. Oddzielały je czaszki widziane en face, przez oczodoły przebiegały szpikulce i łańcuchy. Od tych łańcuchów zwisały płaskie przedmioty — płytki z wyrytymi znakami, małe prostokąty metalu, kółka bez środka.
Eliana stanęła obok Athora i przez chwilę oboje milczeli.
— Widzisz to? — szepnęła.
— Widzę.
— Porusza się.
— Wiem.
— To… niepokojące.
— Tak.
Daliana podeszła z drugiej strony i zmrużyła oczy patrząc na centralną postać. Jej twarz była skupiona w sposób, który Athor już nauczył się rozpoznawać — to nie był strach ani zachwyt. To było coś w rodzaju zawodowego zainteresowania.
— Czuję w tym coś — powiedziała cicho, do siebie bardziej niż do kogokolwiek. — Coś z alchemii. Ze splotu.
— Stój przy mnie — powiedział Athor spokojnie. — I nie dotykaj nic jeśli nie powiem.
Strażnik pilnujący wejścia stał przy prawym skrzydle wrót. Miał może sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, lecz wydawał się większy — sposób w jaki stał, z całym ciężarem ciała rozłożonym na szeroko rozstawionych nogach i barami odsuniętymi od tułowia, sugerował człowieka przyzwyczajonego do zajmowania przestrzeni. Na głowie nosił skórę lwa — łeb zwierzęcia opuszczony na czoło jak hełm, z opróżnionymi oczodołami patrzącymi w dal. Rudy warkocz brody schodził mu na pierś, gruby jak powróz. Na biodrach ciężki pas z okrągłą klamrą zdobioną rytem słońca — lub może oka, trudno powiedzieć przy tym świetle. Na przedramionach rzemienie skórzane wiązane w trzech miejscach, w rękach topór o szerokim ostrzu które wyglądało jak coś, czemu nadano kształt nie dla elegancji, lecz dla skuteczności. Spoglądał na Athora z miną człowieka który wstaje rano wkurzony i takim pozostaje aż do wieczora.
Wpuszczał pojedynczo.
Zorvathar pierwszy. Wrota zamknęły się za nim z głuchym brzękiem. Metaloplastyka poruszyła się — Athor gotowy by przysiąc, że oko po lewej stronie centralnej czaszki otworzyło się odrobinę szerzej.
Wrota otworzyły się znowu. Strażnik wskazał Athora. Athor wszedł.
Eliana weszła trzecia. Daliana czwarta.
Kiedy Daliana przekroczyła próg, wrota nie otworzyły się.
Strażnik stanął jej na drodze bez słowa, krzyżując topór w poprzek przejścia.
Daliana uniosła brew.
— Problem?
— Wróć na dziedziniec.
— To nieporozumienie. Jestem z drużyną namiestnika Lisada, którą…
— Wróć na dziedziniec.
Daliana stała przez chwilę patrząc w nieporuszony pysk lwiej czaszki na głowie strażnika. Potem odwróciła się powoli i wyszła. Metaloplastyka drgnęła.
Esma podeszła do wrót. Stanęła przed nimi.
Nic.
Wrota nie otworzyły się.
Esma patrzyła na nie przez długą chwilę. Jej twarz nie zdradzała nic — ani zaskoczenia, ani złości. Tylko ta specyficzna cisza, którą Athor widywał u ludzi, którzy swoje emocje od dawna trzymają pod kluczem.
Strażnik wskazał dziedziniec.
Esma nie poruszyła się od razu. Patrzyła na metalowe oko w centrum wrót. Potem odwróciła się i wyszła, a Daliana dołączyła do niej w milczeniu.
Narracja Esmy
Kamień tu cuchnął inaczej niż gdzie indziej. Nie stęchlizną, nie wilgocią — czymś cięższym. Jakby sam mur miał pamięć i ta pamięć nie była dobra.
Esma stała na dziedzińcu i słyszała deszcz bijący w bruk i myślała o ojcu.
Nie pamiętała jego twarzy. Miała cztery lata kiedy Myselak wziął zamek i ona wiedziała tylko tyle, co jej opowiedziano później i co sama zdołała poskładać z okruchów. Mężczyzna o nazwisku Eredon Falvast był bosmanem. Stał za lewą burtą okrętu i wykonywał polecenia. To w jego obecności matka płakała kiedy ją zabierali. To on trzymał Esmę w ciemności ładowni przez dwa dni nim Myselak zdecydował, że dziecko się przyda.
Wrota nie otworzyły się dla niej. Magia Eredona ją wyczuła. Wiedział więc, kogo się bać.
To ją ucieszyło, niespodziewanie i bez sensu.
Stała z Dalianą przy fontannie na dziedzińcu, mokra, zimna i coraz bardziej pewna, że ta misja skończy się inaczej niż myśleli.
Loch Eredona był kryptą.
Sklepienie krzyżowe opierało się na żebrach kamiennych spoczywających na czterech filarach — nie smukłych jak w kościołach, lecz przysadzistych, jakby architekt bał się, że delikatniejsza konstrukcja nie udźwignie ciężaru tego co tu nagromadzono. Pochodnie w uchwytach na ścianach dawały drżące pomarańczowe światło, uzupełniane przez kandelabr stojący przy głównym stole — siedem ramion, siedem płomieni, wosk ściekający na kamień od tak dawna, że u podstawy kandelabru narosła własna mała góra.
Athor wszedł i stanął. Pozwolił oczom przyzwyczaić się do światła i zaczął czytać pomieszczenie.
Księgi. Dziesiątki, może setki — na półkach, na podłodze w stosach, rozłożone na stołach z otwartymi stronicami. Stare, niektóre bardzo stare, ze skórzanymi okładkami ciemniejszymi od sadzy. Zwoje — kilkanaście w drewnianych tubach, kilka luźnych, owiniętych rzemieniami. Zioła suszone: pęki rumianku i piołunu, wiązki szarotki, czegoś o zapachu siarki. Zwierzęta zasuszone — wąż płaski jak liść przywieszony za ogon, ptak z rozpostartymi skrzydłami, coś małego w słoju z przezroczystą cieczą. Szafki z szufladami, każda opisana małymi literami w stylu człowieka przekonanego, że tylko on potrzebuje te notatki czytać.
Na jednym z filarów wisiała tarcza. Herb Eredona — w polu podzielonym skośnie na czerń i czerwień widniał uskrzydlony wąż trzymający w pysku własny ogon. Dookoła węża biegł napis w starym dialekcie symalińskim, który Athor przetłumaczył w głowie: Kto trzyma koniec, trzyma wszystko.
A na osobnej półce, oddzielona od innych przedmiotów, stała czaszka.
Nie ozdobna. Nie rytualnie przygotowana. Zwykła czaszka człowieka, żółtawa od czasu, z pęknięciem wzdłuż ciemienia. Patrzyła na wejście pustymi oczodołami.
Athor wiedział kto to jest. W Kyreltis opowiadano: poprzednik Eredona — namiestnik Davar — umarł nagle, pijąc wino na kolacji z nowym gościem. Eredon płakał rzewnymi łzami na pogrzebie.
Davar patrzy na każdego kto wchodzi, pomyślał Athor. I Eredon chce żeby tak było.
— Skrymfo, Athorze.
Eredon Falvast siedział na trójnożnym zydlu przy stole przykrytym starą mapą. Miał sześćdziesiąt lat i wyglądał na człowieka, który te lata przeżył intensywnie — długie włosy z wyraźnymi zakola przeczesane do tyłu, twarz poorana bruzdami, ale oczy bystre i skupione jak u ptaka drapieżnego. Ubrany w ciemną tunikę bez żadnych ozdób, przy pasie zwykły nóż do chleba. Na stole przed nim stały dwa kielichy i dzban z czymś ciemnym.
— Skrymfo, Eredonie — odpowiedział Athor i zajął drugi zydel.
Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu, jak dwaj szachiści oceniający pozycję zanim zaczną grę.
Eliana stała przy ścianie, oparta o kij, obserwując wszystko wokół. Jej wzrok chodził od czaszki do szafy z szufladami, od szafy do kandelabra, od kandelabra z powrotem do Eredona. Jej bransolety — cztery na lewej ręce, trzy na prawej — nie brzęczały, bo trzymała się nieruchomo z tą elficką ciszą, która u innych wyglądałaby jak kamienny spokój, a u niej była po prostu skupieniem.
Niespodziewanie, również dla Eredona w krypcie pojawiła się Daliana i stanęła dwa kroki za Athorem.
I poczuła to natychmiast.
Nie wiedziała jak to nazwać — ci, którzy siedzieli przy alchemii mówili splot, ci, którzy przy magii mówili nić. Daliana nigdy nie używała żadnego z tych słów, bo żadne nie było dość dokładne. To było raczej jak wchodzenie do rzeki — najpierw czujesz wodę przy kostkach, potem przy kolanach, potem nagle prąd.
Eredon Falvast był magiem. Nie takim, który macha rękami i rzuca błyskawice. Takim który przez całe życie uczył się innego sposobu bycia — cichego, głębokiego, akumulowanego przez dekady jak woda zbierana w kamieniu. I w chwili gdy Daliana weszła do jego krypty, w przestrzeni między nimi zaiskrzyło coś niewidzialnego.
Eredon nie spojrzał na nią. Mówił z Athorem, spokojnie, o pogodzie i o drodze. Ale jego lewa dłoń, spoczywająca na stole, zacisnęła się nieznacznie.
Daliana zrobiła krok do przodu. Splot zacisnął się. Zrobiła krok do tyłu. Popuścił.
Próbuje mnie wypchnąć, zrozumiała. Nie gwałtownie. Powoli. Jak się wypycha kogoś z pokoju mówiąc — tu nie ma dla ciebie miejsca.
Odpowiedziała. Wzniosła coś — nie tarczę, nie ścianę — raczej pytanie. Dlaczego?
Splot zacisnął się mocniej.
Daliana poczuła zawroty głowy. Kamień pod stopami był twardy i pewny, ale zrobiło jej się nagle gorąco w uszach i świat lekko przechylił się na bok. Zrobiła jeszcze jeden krok — do przodu, z uporem — i tym razem poczuła jak coś odpycha ją fizycznie, jak fala powietrza bez powietrza.
Eliana ją złapała.
— Idziemy — szepnęła i nie czekając na odpowiedź wyprowadziła siostrę w kierunku drzwi.
Daliana wyszła na zewnątrz i oparła się o kamień ściany. Deszcz zelżał. Niebo nad dziedzińcem było ciemne i ciężkie jak ołów.
— Co się stało? — zapytała Esma, która była przy niej w sekundę.
— On wie — powiedziała Daliana. — On wie że coś wiem.
W krypcie, przy stole, Athor obserwował wnętrze i słuchał Eredona jednocześnie — to rzadka umiejętność, którą opanował przez lata spędzone na dworach gdzie każde słowo mogło być zasadzką.
Szkatuła którą masz dostarczyć — powiedział Eredon — jest przeznaczona dla kapitana Fango. Tylko on może ją otworzyć. To ważne. Ważniejsze niż myślisz.
Za to zlecenie — powiedział Eredon — zapłacę sto kwinarów.
Sto kwinarów za drogę do Grythollow, przez lasy, przez góry, z Gnabburem w piętach.
Milczał.
Eredon czekał sekundę. Dwie. Pięć.
— Dwieście — powiedział.
Athor spojrzał na czaszkę Davara.
— Tysiąc — powiedział Athor. — Ta misja jest piekielnie trudna. Sam wiesz ilu ludzi i stworzeń kręci się przy szlaku od Kyreltis do Grythollow. Muszę mieć ekipę. Ekipy kosztują.
Eredon zmrużył oczy.
— To absurd.
— W takim razie — Athor wstał — znajdź kogoś innego.
— Siadaj.
Athor nie siadał.
— Pięćset — powiedział Eredon przez zaciśnięte zęby.
Athor siedział.
— Pięćset — powtórzył spokojnie. — Plus po sto kwinarów dla każdego z moich ludzi. Plus część z góry, na wydatki po drodze.
— Część z góry — wysyczał Eredon.
— Tak. Trzeba będzie przekupić kilku strażników, zapłacić za kilka mostów i kilka gospód. Albo dasz mi pieniądze teraz, albo dasz mi je kiedy dotrę do Grythollow. Tylko że jak nie dam rady dotrzeć z powodu braku środków, to szkatuła też tam nie dotrze.
Eredon patrzył na niego przez chwilę. W jego oczach Athor widział nie złość — kalkulację. Szybką, zimną, przeprowadzaną równolegle do rozmowy.
On mi zapłaci, zrozumiał Athor. I on planuje, że mnie nie będzie trzeba płacić po wykonaniu misji.
— Dobrze — powiedział w końcu Eredon. — Pięćset dla ciebie. Po sto dla ludzi. Sto kwinarów teraz, reszta po dostarczeniu.
Wstał i podszedł do szafki z szufladami. Otworzył dolną i wyjął szkatułę.
Athor wstrzymał oddech.
Nie mógł nie patrzeć.
Była prostopadłościanem nakrytym półokrągłym wiekiem — całość ze smolnie czarnego drewna, tak twardego w dotyku jak hartowana stal gdy Eredon postawił ją na stole. Okuta była stalową siatką której ogniwa nie były prostymi kwadratami ani rombami, lecz splątanymi, wielowarstwowymi węzłami — każde ogniwo przechodziło w sąsiednie przez kilka pętel, tworząc ciągłą, nieprzerwaną plecionkę bez początku i końca. W każdym węźle siatki kryły się mikroskopijne reliefy — twarze, ptaki, węże gryzące własne ogony, liście przechodzące w skrzydła, skrzydła w ryby, ryby z powrotem w liście. Na wieku biegł fryz z postaci — procesja istot noszących na barkach niebo, a pod stopami mających chaos w postaci splątanych korzeni i łańcuchów.
Zamek nie był zamkiem. W miejscu gdzie spodziewałeś się zawiasu lub klapy znajdowało się zagłębienie na kształt dłoni — cztery podłużne wgłębienia na palce i głębszy okrąg na kciuk. Czar wyczuwało się nawet bez magii: szkatuła była zrobiona dla jednej osoby. Jeden oddech. Jedno bicie serca.
— Fango ją otworzy — powiedział Eredon. — Nikt inny nie powinien próbować. Konsekwencje mogłyby być… nieprzyjemne.
Athor patrzył na szkatułę.
— Co jest w środku?
— Przedmioty przeznaczone dla kapitana Grythollow. To wszystko co musisz wiedzieć.
Nie, pomyślał Athor patrząc na frezy i plecionki i twarze na okuciu. Ale to wszystko co mi powiesz.
Wziął szkatułę.
Była ciężka jak zbroja i cicha jak grób.
Esital niech nas prowadzi!

