Czternasty dzień drogi — skraj lasu
Las Goszijn zaczynał się bez ostrzeżenia.
Droga prowadziła przez otwarte wzgórza, przez łąki z wysoką trawą w kolorze starego złota, przez dwa strumienie które trzeba było przeskoczyć, przez alejkę brzozową, gdzie ptaki robiły taki hałas, że Zadzior — gdyby był wśród nich — stanąłby i zamarł z głową lekko przechyloną. Potem wzgórza schodziły w dół i droga wchodziła między pierwsze drzewa.
I stawała się inna.
Niedramatycznie. Nie nagle jak w bajkach dla dzieci. Po prostu — powietrze robiło się chłodniejsze o kilka stopni bez wyraźnej przyczyny. Światło zmieniało kolor z białego w zielony. Ziemia pod stopami stawała się miękka — nie błotna, lecz pokryta grubą warstwą starego poszycia, liści i igieł i mchu które przez lata nawarstwiały się na sobie i pochłaniały dźwięk jak gęsta tkanina.
Dźwięk był pierwszą rzeczą, którą traciło się w lesie Goszijn.
Nie nagle — stopniowo. Najpierw cichły ptaki, te głośne łąkowe, zastępowane przez inne, skryte w cieniu. Potem cichy las pochłaniał echa własnych kroków. Po kwadransie drogi między drzewami można było stanąć i krzyknąć i nie usłyszeć własnego głosu odbitego od niczego — las zjadał dźwięki i dawał w zamian ciszę, która nie była spokojną ciszą pola, lecz ciszą czegoś co czeka.
— Nieswojo mi tu — mruknął Kajust na Strzygoniu, który szedł spokojnie, ale z szyją bardziej napiętą niż zwykle.
— Bo las — powiedział Kael.
— Byłem w wielu lasach.
— Ten jest inny.
— Właśnie.
Athor szedł przodem i milczał. Czytał las tak jak czytał miasta — uważnie, bez pośpiechu, zapamiętując co widać i co jest nie tam, gdzie powinno być.
Pierwsze drzewa były zwykłe — olchy i cedry i coś o czarnej korze i wąskich liściach którego nazwy nie znał. Ale w miarę jak szli głębiej, drzewa rosły. Nie w górę — w sobie. Stawały się grubsze, starsze, bardziej skręcone, jakby przez lata rosły nie ku słońcu, lecz ku czemuś innemu, w kierunku, który znały tylko one.
I zaczęły mieć kształty.
Pierwszy zauważył to Ravelin — co było zaskakujące, bo Ravelin nie należał do ludzi, którzy zauważają subtelności, raczej do tych którzy zauważają, że coś jest grube i da się tym trafić.
— Patrzcie — powiedział, zatrzymując się.
Stare drzewo przy drodze — cedr o obwodzie może pięciu metrów, z korą głęboko pobrużdżoną — miało po prawej stronie pnia coś. Zgrubienie. Wybrzuszenie. Kształt, który w pewnym świetle, pod pewnym kątem, przy odrobinie dobrej woli wyglądał jak… twarz.
Nie wyraźna. Nie rzeźbiona. Tylko sugestia — fałd kory nad wydatnym korzeniem wyglądał jak brwi, pęknięcie niżej jak usta, wgłębienie po wyłamanej gałęzi jak wklęsłe oko.
— To tylko kora — powiedział Merid.
— Wiem, że to kora — powiedział Ravelin. — Ale patrzy.
Kael stanął obok i zmrużył oczy.
— Kora — powiedział — nie patrzy.
— Ta patrzy.
Athor podszedł do drzewa i obejrzał zgrubienie z bliska. Kora. Naturalne kształty drewna rosnącego przez setki lat. Nic więcej.
Odszedł.
Dwadzieścia kroków dalej odwrócił się i spojrzał na drzewo od tyłu.
Patrzy, przyznał w myślach. Ale to tylko kora.
Poszedł dalej.
Bagna zaczęły się po godzinie marszu.
Droga wchodziła między nie bez uprzedzenia — nagle ziemia pod stopami stawała się miękka i wydawała dźwięk przy każdym kroku, mokry i ssący. Stare, zbutwiałe drzewa sterczały z wody jak palce topielców — bez kory, bez liści, tylko szara, mokra drewniana materia wystająca pionowo z ciemnej toni. Na ich gałęziach siedziały i skakały stworzenia małe jak wiewiórki, pokryte nie futrem, lecz łuską — zielonkawą, z metalicznym połyskiem, zmieniającą kolor przy ruchu jak skóra kameleona. Skakały po uschniętych gałęziach z precyzją i lekkomyślnością i w locie łapały owady, których przy bagnach było bez liku.
Strzygoń nie lubił bagien. Szedł z podniesioną szyją i warczał nisko — dźwięk, który wychodził z jego gardła jak kamień toczący się po kamieniu.
— Spokojnie — powiedział Kajust i poprawił tobołki po obu stronach siodła.
Strzygoń warczał nadal.
— Spokojnie — powtórzył Kajust, tym razem bez przekonania.
Athor szedł po krawędzi drogi, tam, gdzie ziemia była twardsza — wąski pas między bagnistą tonią a drzewami po prawej. Słuchał. Las Goszijn dawał dźwięki inne niż normalne lasy — trzaski, które były zbyt regularne, żeby być naturalne, szelesty bez wiatru, raz po raz coś co brzmiało prawie jak oddech gdzieś między drzewami.
Prawie, powtarzał sobie Athor. Prawie jak oddech. Nie oddech.
Mijali stare pnie. Na wielu widać było to co widział Ravelin za pierwszym razem — kształty. Sugestie twarzy. Ramion. Figur jakby wtłoczonych w korę od wewnątrz, próbujących wyjść.
Drewno rośnie osobliwie, myślał Athor. Nic więcej.
Ale chodził bliżej środka drogi.
Mgła przyszła w południe.
Nie z bagnisk — stamtąd parowanie było cały czas, niska mgła przy ziemi, która zawijała się wokół korzeni i kłód. Ta mgła była inna. Przychodziła z drzew. Wychodziła jakby z kory, od pni, od gałęzi — biała, gęsta, ciepła w dotyku jak para nad garnkiem.
W ciągu pięciu minut widoczność spadła do pięciu metrów.
Potem do trzech.
— Trzymajcie się blisko — powiedział Athor. — Liriona, przodem. Reszta — parami, każda para nie traci z oczu następnej.
Szli ostrożnie przez gęstwinę białego powietrza. Athor widział: stopę przed sobą, drzewo po prawej, Lirionę dwa kroki przed nim. Nic więcej.
I wtedy las się rozsypał.
Niedosłownie. Ale droga — ta wąska ścieżka, którą szli — nagle nie była już prosta. Korzenie wyrastały z ziemi pod kątem niemożliwym, zwalone pnie leżały w poprzek, gałęzie splątane na wysokości głowy tworzyły zasłony, przez które trzeba było się przepychać. Każde przepychanie odrywało jedną osobę od następnej o metr, dwa metry, trzy.
Athor odwrócił się.
Nie widział Liriony.
Odwrócił się znowu.
Nie widział nikogo.
Mgła była wszędzie i las był wszędzie, i cisza — ta pożerająca dźwięki cisza Goszijnu — była wszędzie.
Spokojnie, powiedział sobie Athor, bo mówił tak sobie, gdy sytuacja na spokój nie zasługiwała. Masz miecz. Znasz kierunek na południe, bo słońce jest tam, gdzie jaśniej. Idź powoli.
I wtedy usłyszał krzyk Kajusta.
Nie ludzki krzyk bólu — raczej krzyk zaskoczenia i złości naraz, ten dźwięk, który wydaje człowiek, kiedy coś go trafia nie z wrogiej ręki, lecz znikąd.
Athor ruszył w tamtą stronę z mieczem w ręku.
Znalazł go po trzydziestu sekundach — stał między dwoma wielkimi świerkami, z jednym ramieniem uniesionym, twarzą wykrzywioną i machającym ręką jakby odpędzał owady. Ale nie było owadów.
Były gałęzie.
Z drzewa po jego lewej wychodziła długa gałąź — zbyt długa, zbyt elastyczna jak na swoją grubość — i smagała go w ramię z rytmiczną regularnością. Nie z dużą siłą. Ale z precyzją.
Athor patrzył.
Gałąź się ruszała.
Bez wiatru. Bez powodu. Ruszała się i smagała Kajusta, i kiedy Kajust odsunął się o krok, gałąź wydłużyła się — niemożliwie, o te właśnie trzydzieści centymetrów, których brakowało — i trafiła go znowu.
— Trzymaj się z dala od drzew! — krzyknął Athor.
— Właśnie próbuję! — odkrzyknął Kajust.
Athor chwycił go za ramię i wyrwał ze strefy zasięgu gałęzi. Gałąź zawibrował w powietrzu, szukając. Nie znalazła. Powoli, za wolno jak na gałąź, wróciła do pozycji wyjściowej.
— Co to było — powiedział Kajust.
— Goszijn — powiedział Athor, bo w końcu zrozumiał.
Te kształty w pniach. Te sugestie twarzy i ramion. Nie były sugestiami.
Goszijny rosły w drzewach. Wrastały w nie przez lata, przez dekady — drewno rosło wokół nich i przez nie, i one rosły wewnątrz drewna, i po dość długim czasie nie było już różnicy między drzewem a stworem który w nim żył. Były drzewem. Były też czymś innym.
I czekały na mgłę.
Krzyki.
Z kilku stron naraz — Esma, potem Ravelin, potem ktoś którego głosu Athor nie rozpoznał natychmiast, a potem Merid, który krzyczał rzadko i któremu krzyk nie wychodził naturalnie, więc kiedy krzyczał to znaczyło coś złego.
Athor biegł — tak szybko jak kolana mu pozwalały, co nie było szybko, a las stawiał opór każdym korzeniem i każdą niską gałęzią. Mgła kłębiła się i przelewała i nie można było na trzy metry zobaczyć nic sensownego.
Znalazł Esmę przy wielkim dębie — kucała pod nim, z dwoma sztyletami w rękach i odpierała ciosy gałęzi które opadały na nią z trzech stron. Była szybka — te gałęzie trafiały w powietrze, nie w nią — ale było ich za dużo i traciła grunt.
— Na środek drogi! — krzyknął Athor.
— Gdzie jest środek drogi?! — odkrzyknęła Esma przez zaciśnięte zęby.
Dobra uwaga.
Athor chwycił ją za ramię i pociągnął w kierunku gdzie nie było drzew. Trafili na ścieżkę — tę samą co wcześniej, odnaleźli ją pod stopami zanim ją zobaczyli.
Gałęzie za nimi zawibrował i sięgały, ale droga była wąska i drzewa po obu stronach — te które czuły inaczej, które nie miały w sobie czegoś co miały inne — tworzyły naturalną granicę.
— Wołajcie wszystkich na drogę! — krzyknął Athor w mgłę.
Ravelin gdzieś bliżej niż się spodziewał odpowiedział.
Potem Daliana — dalej, dużo dalej.
Potem Liriona, cicho, ale pewnie, w stronę, z której nie spodziewał się, że przyjdzie.
Potem cisza w miejscu, gdzie powinna być Sihirma.
Sihirma stała we mgle.
Trzydzieści metrów od drogi — Athor nie wiedział jak tam trafiła i nie miał, jak się dowiedzieć, bo jej nie widział. Stała w centrum małej polany między czterema wielkimi świerkami i patrzyła w górę.
Goszijny atakowały ze wszystkich czterech drzew jednocześnie.
Gałęzie — te długie, elastyczne, niemożliwie elastyczne gałęzie — smagały powietrze dookoła niej z coraz krótszym zasięgiem, zacinały i cofały się i zacinały znowu, rysując wzory we mgle jak ktoś kto kaleczyłby nożem wodę. Kilka dotknęło jej ramię, bok i udo.
Sihirma stała.
Nie dlatego, że była odważna. Nie dlatego, że nie widziała co się dzieje.
Stała, bo patrzyła w górę, na to miejsce, gdzie gałęzie wychodziły z pni i w jej głowie — w tej głowie która żyła w wyobrażonym świecie i przez dwadzieścia osiem lat była emocjonalnie jedenastolatką zamkniętą w dorosłym ciele — coś się uruchamiało.
Nie z odwagi. Z czegoś innego. Z tej części niej która nie była jedenastolatką, która była córką dwójki magów i przez całe dzieciństwo wdychała zaklęcia razem z powietrzem domowym.
Uniosła ręce.
Z palców wyszło światło.
Nie piorun, nie ogień, nie żadna z dramatycznych mocy, które ludzie przypisują czarodziejom w opowieściach. Wstążki — świecące wstążki, białe z niebieską krawędzią, elastyczne jak jedwab w wietrze, wyłaniające się z jej palców i krążące wokół niej w coraz szerszych kręgach.
Mgła cofnęła się.
Nie nagle — parciem. Jakby wstążki odpychały ją samą swoją obecnością, jak ciepło odpycha zimno przy kominku. Najpierw metr w każdą stronę, potem dwa, potem pięć. Koło jasności w środku mgły, z Sihirmą w centrum, z wstążkami krążącymi wokół jak planety wokół małej, rozbłysłej gwiazdy.
Goszijny poczuły to.
Gałęzie przestały się ruszać.
W pniach drzew — jeśli Athor mógłby to widzieć, jeśli mógłby stać wystarczająco blisko — widać było ruch. Kształty w korze zmieniały się, cofały, wchłaniały z powrotem w głąb drewna. Twarze znikały. Ramiona. Sugestie postaci.
Goszijny wracały tam skąd przyszły.
Sihirma stała w środku swojego kręgu świateł i wstążki krążyły coraz szybciej, coraz szerzej, aż krąg jasności objął całą polanę i kawałek drogi po obu stronach.
Mgła rozstąpiła się.
Nie zniknęła — leżała wciąż nisko, przy ziemi, między drzewami — ale tam, gdzie były wstążki Sihirmy mgły nie było. Było powietrze i światło i widok na odległość dziesięciu, piętnastu, dwudziestu metrów.
Athor stał na drodze i widział Sihirmę.
I widział drzewa wokół niej — zwykłe drzewa, znowu zwykłe, bez twarzy i bez ramion i bez tego napięcia, w korze które przez ostatnią godzinę sprawiało, że każdy pień wyglądał jak coś skrywającego wnętrze.
Drużyna zbierała się powoli.
Ravelin z ramieniem obolałym, zaciskający zęby, bo nie chciał przyznać, że cokolwiek go boli. Esma z rozcięciem na dłoni — niegroźnym, ale krwawiącym. Daliana cała i bez skazy, bo Daliana miała tę umiejętność bycia w złym miejscu w taki sposób, że nic złego jej nie dosięgało. Liriona z łukiem w ręku i ze strzałą na cięciwie — bezużyteczną wobec Goszijnów, ale z nawyku trzymała broń gotową. Kael z siniakami na szyi, gdzie gałąź go zaskoczyła od tyłu. Merid bez śladów — bo Merid unikał ciosów tak samo jak oddychał, odruchowo i bez myślenia.
Mukko trzymał trzy ręce przy sobie z miną kogoś, kto chwytał się gałęzi w panice i teraz jest zażenowany.
Kajust przyjechał na Strzygoniu. Strzygoń wyglądał nieusatysfakcjonowany.
Wszyscy patrzyli na Sihirmę.
Sihirma stała na polance wśród świateł, wstążki krążyły wokół niej coraz wolniej, opadając jak wiatr po burzy. Jej twarz — piegowata, ruda, o tej specyficznej nieobecności kogoś kto jest jednocześnie tu i gdzie indziej — nie wyrażała triumfu ani zadowolenia.
Wyrażała, jeśli wyrażała cokolwiek… zaskoczenie.
Jakby sama nie do końca wiedziała, że to potrafi.
— Dziękujemy — powiedział Athor.
Sihirma spojrzała na niego.
— Nie lubię jak mnie coś dotyka — powiedziała. I to było wszystko co powiedziała.
Odwróciła się i poszła ścieżką dalej, a dwie ostatnie wstążki rozwiały się za nią jak dym.
Drużyna patrzyła przez chwilę.
— No — powiedział w końcu Ravelin.
— No — zgodził się Kael.
Poszli za nią.
Totemy i Umugerany
Las nie skończył się wraz z odejściem mgły. Trwał — ponury, cichy, z tym pochłaniającym powietrze charakterem, który sprawiał, że każdy krok był krokiem w głąb czegoś, nie przez coś.
Co kilkaset metrów stały totemy.
Nie budowane przez człowieka — raczej przez coś co rozumiało budowanie inaczej. Były to sploty gałęzi i korzeni i kości — tych ostatnich dużo, czaszki ptaków i małych ssaków i czegoś większego, wszystko przyrośnięte do pni przez lata jak koraliki nanizane na żywą nitkę. Gałęzie przerastały oczodoły. Korzenie owijały się wokół żeber. W jednym miejscu cały szkielet — duży, może ludzkiej postaci — stał wtopiony w pień rozłożystego dębu tak, że drzewo rosło przez niego i wokół niego jednocześnie, i nie było już jasne co jest kością a co jest drewnem.
Pod tymi totemy leżały stosy kości. Drobne, zniszczone, pozbawione szpiku.
— Nie patrzcie — powiedział Athor.
— Patrzę — powiedział Merid.
— Wiem. Ale nie musisz.
Merid patrzył jeszcze przez chwilę, z tą swoją zimną zawodową ciekawością i odszedł.
Daliana pierwsza poczuła coś przy stopach.
Zatrzymała się i spojrzała w dół. Na bucie, przy lewej kostce, coś się poruszało — mały, ciemny kształt przy podeszwie, ledwo widoczny w ściółce.
Przykucnęła.
Wiciowiec. Długości małego palca, z kolcami na całej długości ciała, skierowanymi do tyłu jak haczyki. Przy głowie — o ile miał głowę, bo przód nie różnił się szczególnie od tyłu — małe, nieruchome wyrostki.
Umugerany.
Daliana wyprostowała się szybko.
— Stać — powiedziała, głosem bez paniki, ale wystarczająco ostrym, żeby wszyscy to poczuli.
Wszyscy stanęli.
— Patrzcie pod buty — powiedziała. — I na ściółkę. Uważnie.
Patrzyli
Umugerany były wszędzie.
W ściółce. Pod liśćmi. Między korzeniami. Setki ich, może tysiące — te małe, ciemne, niemal niewidoczne wiciowce z kolcami, które czekały aż coś wystarczająco dużego stanie nad nimi.
Kilka już działało.
Kajust jako pierwszy krzyknął — krótko, z zaskoczenia — i spojrzał na prawą stopę. W pobliżu kostki, przez szczerb między butem a nogawicą, kilka Umugeranów wbiło się już pod skórę. Nie głęboko — ale kolce skierowane do tyłu robiły usuwanie ich niemożliwym bez narzędzi.
Arvend. Esma. Kael.
Czterech uczestników w ciągu minuty.
Daliana działała.
Z jej sakwy wyszły narzędzia — małe, precyzyjne, takie które wyglądały jak przybory jubilera a były narzędziami chirurgii polowej. Cienkie szczypczykі, zakrzywiona igła, kawałki lnu zwiniętego w ścisłe rulony.
— Siadajcie — powiedziała. — Buty zdejmujcie ostrożnie. Powoli.
— Boli — powiedział Kael.
— Wiem. Siądź.
— Ale boli znacznie.
— Kael — powiedziała Daliana tonem starszej siostry, która jest w tej chwili chirurgiem i nie ma czasu na komentarze.
Kael siedział.
Pracowała przy wszystkich czterech jednocześnie — przechodząc od jednego do drugiego, wyciągając wiciowce szczypcami z chirurgiczną precyzją, każdy kolec osobno, bo wyrywanie całości rozrywało skórę. Kajust zaciskał zęby. Arvend nie wydał żadnego dźwięku, co Athor odnotował. Esma obserwowała zabieg na własnej nodze z miną człowieka zainteresowanego techniką. Kael skomlał półgłosem i nikt mu nic nie powiedział, bo skomlał po cichu.
W trakcie zabiegu Daliana smarowała rany — coś z małego słoiczka, ciemną maść o ostrym ziołowym zapachu.
— Co to — zapytała Esma.
— Coś co zapobiega zakażeniu — powiedziała Daliana. — I coś co zabija jaja, jeśli zdążyły złożyć.
— Jaja? — Kael przestał skomleć i zrobił minę.
— Umugerany składają jaja w ciepłym mięsie — powiedziała Daliana spokojnie. — Gdyby tam zostały przez kilka dni, jaja by się wykluły i nogi musiałyby iść.
— Nogi by musiały co?
— Iść – amputować. — Daliana wyciągnęła ostatni kolec. — Gotowe.
Kael patrzył na swoją stopę przez chwilę.
— Dziękuję — powiedział, i pierwszy raz brzmiało to jak Kael który mówi coś na serio, bez ozdobników.
Pięćdziesiąt metrów dalej — tam, gdzie Sihirma stała w momencie, gdy Umugerany zaatakowały — czarodziejka kręciła wstążkami świetlnymi, kreśląc nimi kółka w powietrzu.
Czterech chorych. Daliana pracuje. Sihirma kreśli kółka.
Athor podszedł do niej.
Stała plecami do niego, trzydzieści metrów od miejsca, gdzie siedzieli ranni i wstążki krążyły — wolno teraz, spokojnie, jak ktoś kto ćwiczy a nie walczy.
— Sihirma — powiedział Athor.
Wstążki zwolniły.
— Mogli potrzebować pomocy — powiedział spokojnie.
— Daliana im pomaga — powiedziała Sihirma, nie odwracając się.
— Wiedziałaś, że Daliana im pomoże.
— Tak.
— A gdyby Daliana była wśród chorych?
Sihirma milczała.
Wstążki kręciły się.
— Następnym razem — powiedział Athor — jak widzisz, że ktoś potrzebuje pomocy, daj znać. Nie musisz sama robić. Wystarczy, że dasz znać.
Sihirma odwróciła się i spojrzała na niego. Jej oczy — zielone, z tym szczególnym wyrażeniem kogoś kto przez chwilę wychodzi z własnego świata i widzi cudzy — były poważne.
— Dobrze — powiedziała.
Wstążki zgasły.
Poszła sprawdzić Kajusta, bo Kajust był głośny i obecność w pobliżu głośnych rzeczy dawała Sihirmie poczucie, że jest tam, gdzie coś się dzieje.
Athor stał przez chwilę między drzewami i patrzył na totemy z kości i gałęzi.
Nie wiemy co to miejsce wie o nas, pomyślał. I może lepiej, żeby tak zostało.
Poszedł do swoich.
Esital niech nas prowadzi!

