ROZDZIAŁ SIÓDMY: Jangal
Osiemnasty dzień drogi — skraj lasu Goszijn
Las skończył się jak zdanie urwane w połowie.
Jeden krok — drzewa, cień, ta gęsta pochłaniająca cisza. Drugi krok — otwarta przestrzeń, powietrze inne, słońce, które wróciło bez uprzedzenia i raziło w oczy po godzinach półmroku. Drużyna wychodziła z Goszijnu pojedynczo i każdy przez chwilę stał i mrugał i oddychał tym powietrzem zewnętrznym jakby uczył się oddychać od nowa.
Przed nimi był step — szeroki, pokryty wysoką trawą przechodzącą w złoto przy końcach źdźbeł, z rzadkimi grupami skał tu i ówdzie. Daleko, może trzy kilometry, coś sterczało ponad poziom traw: skała. Wysoka, wąska, o kształcie który natura nadaje skałom, gdy przez tysiąclecia pracuje woda i wiatr — smukła u podstawy, trochę szersza wyżej, zakończona platformą nieregularną jak kawałek odłamanego kamienia.
Na tej platformie stała chata.
— Co to — powiedział Kajust.
— Chata — powiedział Merid.
— Na skale.
— Widzę, że na skale.
— Jak ktoś tam mieszka to jak wchodzi — zapytał Kajust.
— Zapytamy — powiedział Athor i ruszył.
Skała miała dziesięć metrów wysokości i z bliska wyglądała jak coś wypchnięte z ziemi, przez siłę która nie zapytała nikogo o zdanie. Kamień szary i twardy, z pionowymi żyłami ciemniejszego materiału, z półkami skalnymi co metr lub dwa — nie było drabiny, pozostawała wspinaczka możliwa dla kogoś w dobrej formie i butach.
Do chaty weszli tylko troje: Athor, Arvend i Esma.
Reszta rozlokowała się na kamieniach przy podstawie skały — ktoś ułożył je kiedyś w okrąg, celowo, może dokładnie do takiego celu. Ravelin usiadł ze skrzyżowanymi nogami i zaczął czyścić miecz. Liriona oparła się o skałę i zamknęła oczy. Sihirma znalazła płaski kamień i zaczęła kreślić na nim palcem wzory, które znikały zanim zdążyła je skończyć. Kajust wyciągnął flet.
Mukko jadł.
Kael patrzył w niebo.
Daliana usiadła osobno, z plecami do skały, i przez chwilę siedziała bardzo cicho w sposób, który był jej odpoczynkiem — zamknięta, skupiona, wyraźnie porządkująca w głowie to co przeżyli z Goszijnami.
Wspinaczka zajęła kwadrans.
Athor szedł ostatni, ostrożnie — każdy chwyt testował przed obciążeniem, każda stopka szukała pewnego oparcia. Kolana protestowały przy schodzeniu, ale przy wchodzeniu były lepsze. Przynajmniej coś.
Wejście do chaty było przez niskie drzwi bez drzwi — tylko otwór zasłonięty grubą tkaniną, ciemną od czasu i dymu. Przed otworem leżał kamień wygładzony tysiącami stóp — nie odwiedzin, raczej kroków jednej pary nóg przemierzającej to samo miejsce przez długie lata.
Arvend podniósł tkaninę i wszedł pierwszy.
Potem Esma.
Athor wszedł ostatni i zanim zdążył przyzwyczaić oczy do półmroku, uderzył go zapach.
Nie był to zapach nieprzyjemny, choć nieprzyjemność była gdzieś w nim obecna jak nutka w złożonej melodii. Przede wszystkim były zioła — setki, może tysiące, suszone i wiszące w pęczkach z każdej belki stropowej, leżące w misach i miseczkach na każdej wolnej powierzchni, zamknięte w słoiczkach i garnuszkach i pojemnikach, których materiał Athor nie rozpoznał. Do tego pergamin — stary, suchy, z tym specyficznym zapachem skóry zmienionej przez czas. Dym z małego paleniska w środku, pod otworem w dachu, przez który wychodził. I coś jeszcze — coś poniżej wszystkich tych zapachów, głębiej, jakby sam kamień skały miał własny odór.
Pomieszczenie było jedno, okrągłe, z dachem ze słomy tak grubym, że od wewnątrz wyglądał jak sufit zrobiony z gniazda. Ściany — kamień, ale pokryty równą warstwą sadzy i substancji których skład można było tylko zgadywać. Na ścianach symbole — nie malowane, ryte w kamieniu, niektóre głęboko, niektóre ledwo widoczne. Athor znał kilka z nich. Reszta była obca.
Na środku siedział Jangal.
Był stary.
Nie w sposób, który daje się zmierzyć latami — raczej w sposób, który daje pewne formy użytkowania, jak długo noszony kamień. Twarz pociągła, skóra na niej zawieszona jakby przeznaczona dla większej czaszki, z licznymi kurzajkami i naroślami rozsianymi bez żadnego geometrycznego sensu — duże małe, okrągłe podłużne, wszystkie w różnych odcieniach brązu i fioletu.
I nos.
Athor widział w życiu różne nosy. Ten był osobną kategorią. Długi, zwisający, spiczasty, o strukturze, którą można by określić jako nadmiarową — jakby natura przez pomyłkę dodała do standardowej budowy nosa dodatkowe centymetry i na ostatku nie miała gdzie je wziąć. Przy spokojnym siedzeniu nos Jangala kończył się gdzieś na poziomie żuchwy. Gdy pochylał się do przodu, co robił często, nos kołysał się minimalnie jak wahadło, które myśli, że ma czas.
Na głowie spiczasty kapelusz — w kolorze, który kiedyś był czarny, a teraz był tym co zostaje z czarnego po bardzo długim czasie. Wyżłobiony bruzdami, zużyty na szczycie, z dyndającymi u dołu rzemykami, do których przywiązane były rolki pergaminu. Małe, ciasno zwinięte, każda inaczej zabezpieczona — jedna nicią, jedna plastrem żywicy, jedna spiralą skórzanego paska. Na każdej był symbol który Athor rozpoznał jako pieczęć.
Oczy — wybałuszone, jasne, prawie bez źrenic, o tym szczególnym wyrazie kogoś kto patrzy w punkt odległy od ciebie o kilka rzeczywistości.
Na kolanach Jangala siedział szczur.
Niezwykły szczur. Athor patrzył na niego przez chwilę i nie mógł powiedzieć co jest nie tak — bo szczur wyglądał jak szczur, miał cztery łapy i ogon i wąsy i uszy, ale coś w jego proporcjach było lekko nie na miejscu. Oczy odrobinę za duże. Sierść odrobinę za regularnie ułożona. Siedział spokojnie jak pies przy nodze pana i patrzył na wchodzących z wyrazem, który u szczura nie powinien istnieć: oceną.
Jangal spojrzał na nich i uśmiechnął się.
Zęby miał nierówno rozstawione z lukami w różnych miejscach — jak płot po burzy.
— Skrymfo — powiedział Athor.
— Skrymfo, skrymfo — odpowiedział Jangal i głos miał zaskakująco mocny jak na ciało tak zużyte. — Siadajcie. Zawsze jest dla kogo siedzieć. — Wskazał trzy maty słomiane przy ścianie. — Dla kogo nie ma siedzeń to stoi.
Usiedli.
Zadanie rysunkowe - narysuj Jangala
Narysuj portret Jangala na formacie A3
Za to zadanie dostaniesz
![]()
Jangal patrzył na nich kolejno — na Athora, na Arvenda, na Esmę — i ta analiza trwała dłużej niż grzeczność wymagała.
— Daleko szliście — powiedział w końcu.
— Dość daleko — powiedział Athor.
— Przez Goszijn?
— Przez Goszijn.
— I wyszliście. — Jangal skinął głową z miną kogoś kto słyszy rzecz godną szacunku. — Niewielu wychodzi z Goszijnu cały. Ktoś u was jest mocny.
— Ktoś — potwierdził Athor.
— Kobieta. Rude włosy. Tak?
Athor przez chwilę patrzył na Jangala.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem. — Jangal wzruszył ramionami. — Widzę. Inaczej widzę niż wy. — Poruszył szczurem na kolanie jakby głaszcząc go, ale gest był bardziej mechaniczny niż czuły. — Zioła będziecie chcieli. Na rany po Goszijnie.
— Tak — powiedziała Esma. — I na nogi po Umugeranach.
— Umugerany! — Jangal kiwnął głową z aprobatą kogoś kto docenia się na ciekawej diagnozie. — Niedobry pasożyt. Ale Daliana wam pomogła, tak?
Esma zmrużyła oczy.
Arvend spojrzał na Athora.
— Nie mówiłeś, że ma na imię Daliana — powiedział Arvend.
— Nie mówiłem — potwierdził Athor.
Jangal wzruszył ramionami.
— Czasem wiem. Czasem nie wiem, że wiem. — I bez żadnego przejścia dodał: — Woda spod kamienia biega szybciej niż ta co widać. Rzeka wie to od zawsze, ale ludzie zapominają. — Wstał powoli i zaczął przebierać wśród słoiczków na półce. — Zioła na Umugerany mam. I coś na ból nóg starszego. — Spojrzał na Athora. — Tak, twoje nogi.
— Kolana — powiedział Athor.
— Kolana, kolana. Wiatr od wschodu boli w kolana, tak mówią górale. Ale wy idziecie na wschód, więc wiatr od wschodu będzie z tyłu.
Mrugnął jednym wybałuszonym okiem.
Athor nie był pewien czy to żart.
Jangal przygotowywał. Mieszał. Wąchał. Coś odstawiał, coś brał. Pracował z tą precyzją kogoś kto robi rzeczy setki razy i przez to już nie myśli o krokach, tylko o wyniku.
I mówił.
Mówił przez cały czas — o ziołach i o ich właściwościach, o tym jak zebrać piołun, żeby nie stracił siły, o różnicy między korzeniami kopanymi latem a jesiennymi, o Goszijnie i o tym, że nie zawsze był niebezpieczny. Mówił normalnie i sensownie i Athor słuchał uważnie, bo mówił ciekawe rzeczy.
I nagle, bez uprzedzenia, w środku zdania o właściwościach kory czarnej olchy, Jangal powiedział:
— Wielki mąż wróci małym, bo wielki nie znaczy wierny, kiedy woda patrzy w górę.
Cisza.
Arvend odchrząknął.
Jangal kontynuował o korze czarnej olchy.
— Słucham? — powiedział Athor.
— Co?
— To co powiedziałeś. O wielkim mężu.
— Mówiłem o korze czarnej olchy. — Jangal zmrużył oczy. — Nie słuchasz?
— Słucham — powiedział Athor. — Ale wcześniej —
— Kora czarnej olchy jest — powiedział Jangal i wrócił do opowieści.
Athor zamienił spojrzenie z Esmą. Esma wzruszyła ramionami — minimalnie, tylko brwią właściwie.
Dziesięć minut później, w środku opowieści o tym jak posolić grzyby, żeby przetrwały zimę, Jangal powiedział:
— Trzy ziarna złota nie są złotem, gdy ptak, który je niesie jest głodny a drzewo, pod którym ląduje ma korzenie w innej ziemi niż myślisz.
Esma podniosła głowę.
Athor siedział nieruchomo.
Jangal mówił dalej o grzybach.
— Jangal — powiedział Athor spokojnie.
— Co?
— To co przed chwilą powiedziałeś.
— O grzybach? Grzyby solisz warstwami, nie mieszasz —
— Nie o grzybach. O trzech ziarnach złota.
Jangal zatrzymał się w ruchu. Przez sekundę jego oczy — te wybałuszone, jasne, prawie bez źrenic — stały się jeszcze bardziej nieobecne. Głowa drgnęła minimalnie. Raz, dwa razy.
Potem wrócił.
— Dobrze — powiedział, jak gdyby nic. — Macie zioła.
Podał Esmie pakiet zawiniętych w liść wiązek.
Athor zapisał w pamięci każde słowo. Trzy ziarna złota. Ptak, który jest głodny. Drzewo z korzeniami w innej ziemi.
Kael. Daliana. Arvend. Bliskor. Trzy ziarna.
Jeszcze nie wiedział, że ma rację.
Trzeci raz Jangal powiedział coś nieoczekiwanego, gdy Esma pytała o drogę za lasem.
— Za lasem idzie się na wschód przez step — mówił Jangal — i widać skały szare jak chmury przed deszczem. Tam droga rozwidla się i prawa jest krótsza, ale mokra, bo rzeka robi tam zakole. Lewa jest —
I nagle:
— Człowiek z jednym okiem widzi dwie drogi, bo drugie oko czyta ziemię pod stopą i ta ziemia mówi mu, gdzie pójść, jeśli chce wrócić. Ale jak wróci to nie wróci sam.
Arvend drgnął.
Nieznacznie. Tylko Athor to widział, bo siedział naprzeciwko niego i przez cały czas obserwował.
Arvend miał jedno oko. Prawe — białe, martwe od wrzątku. Lewe — sprawne.
Człowiek z jednym okiem wraca, ale nie wraca sam.
Arvend patrzył w maty.
Jangal mówił dalej o lewej drodze za lasem.
Po godzinie schodzili ze skały.
Esma pierwsza, lekko jak zawsze. Arvend z trudem — bał się wysokości, co Athor wiedział, bo widział jak zacisnął oczy przy górnej krawędzi i liczył stopnie zamiast patrzeć.
Athor ostatni.
W połowie zejścia zatrzymał się na półce skalnej i spojrzał na step przed nimi — złotą trawę, odległe skały, niebo coraz niższe, bo popołudnie przechodziło w wieczór.
Trzy ziarna złota nie są złotem, gdy ptak, który je niesie jest głodny.
Kael. Daliana. Arvend.
Coś ich tam pociągnie. I ptak, który niesie — Arvend? Corone z wronami? Ktoś kto pośredniczy?
A drzewo, pod którym ląduje ma korzenie w innej ziemi niż myślisz.
Bliskor, który według legendy siedzi na trzech wielkich pniach. Ale korzenie — korzenie, gdzie?
Athor zszedł do końca i stanął na ziemi.
Drużyna czekała. Kajust grał na flecie — tę samą bez nazwy melodię co zwykle, trochę smutniejszą niż rano. Reszta siedziała lub stała, każdy w swojej przestrzeni, każdy po swojemu.
Athor spojrzał na Arvenda który właśnie zeskoczył z ostatniej półki skalnej i otrzepał dłonie. Arvend poczuł spojrzenie i odwrócił się. Przez chwilę patrzyli na siebie.
Arvend odwrócił wzrok pierwszy.
Człowiek z jednym okiem wraca, ale nie wraca sam.
— Ruszamy — powiedział Athor. — Zostało nam jeszcze trzy godziny światła.
Ciekawostka…
Kiedy rozszerzałem opowieść o kolejne sceny i rozdziały przyszło mi na myśl, że wstawię tu temat, który przez 20 lat była w Dominie jako próbny egzamin a nazywał się „Chata maga”. Las Goszijn był częstym elementem tego próbnego egzaminu. I tak oto najpierw powstał las Goszijn który zakończyłem Chatą maga.
Zadanie rysunkowe - zaprojektuj chatę Jangala
Twoim zadaniem jest wygenerowanie od 5 do 10 chat Jangala metodą KDD. Przechodząc do każdego kolejnego projektu stosuj zasadę pentalogu.
Za to zadanie dostaniesz:
Za 5 szkiców ![]()
Za 10 szkiców
![]()
Zadanie rysunkowe - narysuj chatę Jangala
Kiedy będziesz mieć już wybrany szkic, narysuj go na formacie B3
Za to zadanie dostaniesz
![]()
Zadanie rysunkowe - narysuj chatę maga wycieruchem
Mamy w naszych zbiorach (przypomnę że mamy 42.137 rysunków zebranych w ciągu ponad 30 lat) tutorial do chaty maga wykonany techniką wycierucha. Narysuj go na formacie B2 – użyj różnych rodzajów gumek – w ołówku, chlebowej, elektyrcznej.
Za to zadanie dostaniesz
![]()
Esital niech nas prowadzi!
