Człowiek bez miejsca – Rozdział 1

Kronika Athora Lisada

Dla tych, którzy patrzą w gwiazdy i nie wiedzą jeszcze, że gwiazdy też na nich patrzą.

ROZDZIAŁ PIERWSZY: Człowiek bez miejsca

Kyreltis, ostatnie dni lata

 

Słońce – Tranygia – stało wysoko nad Kyreltis, gdy Athor Lisad po raz trzeci tego ranka przeszedł tę samą ulicę.

Nie dlatego że zgubił drogę — Athor nigdy nie gubił drogi. Chodził, bo nie wiedział co innego ze sobą zrobić.

Kyreltis było miastem kupieckim, co oznaczało, że każdy tu coś chciał sprzedać, a każdy zaułek pachniał czymś innym: tu skórą garbowaną w łoju, tam kminkiem i suszonymi ziołami, dalej — rybą z Sargonii, którą rybacy przywozili przed świtem i której zapach nie opuszczał bruku przez cały dzień. Athor szedł pomiędzy straganami z wyrazem człowieka, który ogląda wszystko i nie widzi nic.

Miał pięćdziesiąt jeden lat. Na skroniach srebrzyło się wyraźnie, choć środek głowy zarastał jeszcze ciemnym irokezem — fryzura, którą nosił od dwudziestego roku życia i której nie zamierzał zmieniać, bo była jedną z niewielu rzeczy w jego życiu, które wciąż należały do niego. Kilkudniowy zarost, zmarszczone brwi, przenikliwe spojrzenie. Kobiety przy straganach odprowadzały go wzrokiem i mówiły między sobą, że wygląda jak ktoś, kto właśnie wymierzył wyrok. Na lewym policzku siedział pieprzyk — ciemny, wyraźny, taki sam jak u jego ojca i u dziadka, którzy też nosili go jak herb bez tytułu.

Skórzana kamizelka naćwiekowana srebrnymi guzami, dwa pasy, miecz przy lewym biodrze, dwa sztylety po prawej. Szedł spokojnie, bo śpieszenie się nigdy nie należało do jego zwyczajów.

Zatrzymał się przed kantorem korzennym. Właściciel wyłożył na blacie misy z pieprzem i szafranem, a obok — małe szkatułki z ambrą, które miały pachnieć jak wieczór na morzu. Athor wziął jedną, powąchał, odstawił.

— Interesuje pana? — zagadnął sprzedawca, młody chłopak z wąsami dopiero raczkującymi ponad wargi.

— Nie — powiedział Athor i poszedł dalej.

Nie, bo do czego mi to. Odkąd zostawił Symalin za sobą, nie zbierał rzeczy. Wszystko co posiadał mieściło się w dwóch jukach przytroczonych do Dretora — starego wałacha barwy ciemnego kasztana, który służył mu wierniej niż większość ludzi, których znał. Do juków i do jednej małej sakiewki noszonej na piersi, tuż przy sercu.

Dotknął jej przez skórę kamizelki. Była tam. Zawsze była tam.

Lortum.

Mały krążek metalu, który błękitną poświatą rozświetlał wnętrze sakiewki, gdy ją otwierał nocami. Dostał go od Ordelego — starego przewodnika, który spędził życie na przemierzaniu Symalinu i Skelvornu, i który pewnej deszczowej nocy zasiadł przy jego ognisku i zaczął mówić o Wieży.

O Wieży Błękitnego Światła.

Athor skręcił w boczną uliczkę, węższy fragment między dwoma kamienicami, gdzie na piętrze ktoś wystawił na parapecie donicę z czerwonymi kwiatami. Zatrzymał się i spojrzał w górę.

Ordele mówił, że widać ją z daleka. Że kamień, z którego jest zbudowana nie wygląda jak żaden kamień w Symalinie. Że w nocy świeci.

Athor nie wiedział jeszcze jak się tam dostać. Wiedział, że jest w Skelvornie — za górami, za przełęczą przy Forcie Gallona, za Obserwatorami i Bagnami i wszystkim tym co kraj na północ od nich skrywał. Wiedział, że potrzeba łapówek i złota i że to złoto, które ma, nie wystarczy.

Wiedział też, że ma pięćdziesiąt jeden lat, kolana, które bolą przy schodzeniu ze schodów, i że noce spędza przy oknie zamiast w łóżku.

Był w Kyreltis od dwóch tygodni. Mieszkał w gospodzie razem ze swoją drużyną — a raczej z ludźmi, których drużyną zaczął nazywać z braku lepszego słowa. Eliana i jej siostra Daliana zajmowały pokój na końcu korytarza. Ravelin Thos chrapał tak głośno, że skarżył się na niego gospodarz. Kael Domineth, jak to Kael Domineth, już pierwszej nocy poszedł szukać towarzystwa i wrócił przed świtem z miną człowieka zadowolonego z siebie. Merid Varn nie pytał o pokój — spał gdzieś na strychu.

Athor zgłodniał.

To go trochę zaskoczyło — głód zawsze przychodził do niego jak niespodziewany gość. Rozejrzał się po ulicy. Gospoda była sto kroków dalej. Wszedł.

Środek był jeszcze półpusty o tej porze — kilku kupców przy stole bliżej okna, wdowa z koszem zakupów przy beczce z piwem, stary pies leżący przy kominku z taką miną jakby wszystko w tym życiu go rozczarowało.

Athor usiadł przy stoliku pod ścianą — stary nawyk, plecy do kamienia, wzrok na drzwi. Zamówił co było na śniadanie i chleb, i siedział czekając, gdy przy sąsiednim stoliku coś się poruszyło.

Mężczyzna. Siedział tam już od dłuższego czasu, z kubkiem przed sobą, ale kubek był pełny. Nie pił. Obserwował.

Miał twarz urzędnika — gładko wygoloną, z tym charakterystycznym wyrazem kogoś kto nosi cudze tajemnice za wynagrodzeniem. Ubrany lepiej niż reszta gości, ale nie na tyle dobrze, żeby się wyróżniać. Kiedy oczy ich się spotkały, mężczyzna uśmiechnął się lekko i Athor natychmiast wiedział, że ten uśmiech był przygotowany wcześniej.

— Nieźle dziś w mieście — odezwał się mężczyzna, nie ruszając się ze swojego miejsca.

— Słońce świeci — przyznał Athor, nie odrywając wzroku od drzwi.

— Słońce świeci — powtórzył tamten jakby smakując słowa. — I chwała Ortunowi za to. Choć w tej prowincji nigdy nie wiadomo. Burza potrafi nadejść z gór bez uprzedzenia.

— Tak bywa z burzami.

Mężczyzna przestawił kubek na sąsiedni stolik — ten, przy którym siedział Athor — i usiadł naprzeciwko niego, jakby zaproszenie było czymś oczywistym.

— Słyszałem, że Symalin bardzo się zmienił pod nowymi rządami — powiedział, nachylając się odrobinę do przodu. — Podobno opłaty portowe wzrosły dwukrotnie.

— Słyszałem to samo.

— I że kupcy narzekają. Że nowe przepisy dotyczące handlu zrujnowały wielu uczciwie żyjących ludzi.

Athor spojrzał na niego teraz wprost. Zmarszczone brwi, przenikliwe oczy — znajomi mówili, że wygląda wtedy jak ktoś, kto chce cię przybić do ściany samym spojrzeniem.

— Jak się nazywasz? — zapytał.

Mężczyzna wahał się sekundę za długo.

— Zorvathar. Jestem sekretarzem namiestnika Eredona Falvasta.

— Wiem kim jest Eredon.

— Wiem, że wiesz, panie Lisad.

Chwila ciszy. Gospodyni przyniosła talerz — gulasz z baraniny i chleb z grubo mielonej mąki. Athor zaczął jeść, nie spiesząc się.

— A zatem — powiedział między kęsami — co chce namiestnik Falvast od człowieka, który nie istnieje?

Zorvathar wyjął z zanadrza małą sakiewkę i położył na stole.

— Dajesz pięć kwinarów — powiedział. — Za to, że pan Lisad tu nie siedzi, a ja nikogo tu dzisiaj nie widziałem.

Athor spojrzał na sakiewkę. Potem na Zorvathara. Odłożył łyżkę.

— Wstań od stołu — powiedział spokojnie — a zabiję cię zanim dojdziesz do drzwi.

Zorvathar nie wstał. Cofnął rękę z sakiewką.

— Nie po to tu przyszedłem — powiedział szybko i po raz pierwszy w jego głosie pojawiło się coś prawdziwego — coś w rodzaju pośpiechu. — Namiestnik ma misję. Płatną. Trzeba coś dostarczyć do Grythollow.

Athor wrócił do gulaszu.

— Mów.

Pół godziny później Athor wyszedł z gospody w słońce Kyreltis i zmrużył oczy.

Zorvathar szedł o dwa kroki za nim, wyraźnie zadowolony, że rozmowa skończyła się tak jak powinna, a nie tak jak zaczynała.

Przy wejściu do gospody — tej, w której mieszkała drużyna — stał Merid Varn. Oparty o framugę, ramiona skrzyżowane, wzrok utkwiony gdzieś w środkową odległość. Był to człowiek, który potrafił stać zupełnie nieruchomo tak długo, że przechodnie przestawali go widzieć.

Merid — powiedział Athor.

Ciemne oczy przeniosły się na niego.

— Zwołaj wszystkich. Za czterdzieści pięć minut ruszamy do zamku.

Merid zerknął na Zorvathara.

— Misja?

— Misja.

Merid oderwał się od ściany bez słowa i zniknął w drzwiach.

Athor przez chwilę stał jeszcze na środku ulicy i patrzył na zachód, gdzie za dachami Kyreltis gdzieś bardzo daleko, za górami i królestwami i przestrzeniami których jeszcze nie zrozumiał, w Skelvornie świeciła Wieża.

Dotknął sakiewki na piersi.

Najpierw Grythollow, pomyślał. A potem…

Za czterdzieści siedem minut — Athor liczył — stali wszyscy na dziedzińcu przy gospodzie. Ravelin Thos w pełnej zbroi, której napierśnik połyskiwał w słońcu jak mała tarcza, z koniem już osiodłanym. Eliana z kijem opartym o ramię, pierścienie błyskające na palcach, zamszowe buty zawiązane po kostki. Daliana tuż obok — piękniejsza od siostry tym cichym, niepokojącym pięknem, które sprawiało, że ludzie przestawali mówić w połowie zdania. Kael z długimi włosami spiętymi w kucyk i miną kogoś, kto za bardzo przyzwyczaił się do swojego uroku. Kajust siedział na Strzygoniu — wielkie stworzenie pochylone nad drewnianym korytem z wodą, mruczał z gardła coś niezadowolonego. Sihirma stała trochę z boku, kreśląc palcem w powietrzu kształty, których nikt inny nie widział. Esma — oczy bystre, twarz zamknięta — oparła się o ścianę i czekała. Merid przy niej, znów nieruchomy. Arvend, wysoki, łysy, w białych wilczych skórach, z brodą zaplecioną w cztery ciężkie warkocze — żuł coś i obserwował Zorvathara z miną, która nie zapowiadała niczego dobrego.

Mukko był ostatni. Trzy ręce, dziwnie wygięty kręgosłup, tłuste włosy przyklejone do skroni — szedł swoim charakterystycznym krokiem i uśmiechał się do nikogo.

Athor spojrzał na nich.

Mądrzy i szaleni, uczciwi i dwulicowi. Wszyscy tu z jakiegoś powodu, żadne z tych powodów nie jest tym samym.

— Ruszamy — powiedział.

Opłata za noclegi i jedzenie w gospodzie:  Kwinar png 50x50  Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50   5 KWIANRÓW

Dominatica czarne PNG przezroczyste favi

Waluta Symalinu i Skelvornu

Kwinar png

Kwinar

Kwinar jest walutą Symalinu jest ze złota i waży 30 gram. Ma taką samą wartość jak Dominerc

Dominerc

Dominerc jest walutą Skelvornu, jest ze złota i waży 30 gram. Ma taką samą wartość jak Kwinar

Zadania rysunkowe 1

Są dwie metody dołączenia do Universum Symalin – pierwsza to stawić się na zajęciach (są darmowe)

Druga – może być on-line narysować tę postać z tutoriala.

Wykonaj go dowolną techniką na formacie A3

Postać concept art

Za to zadanie dostajesz      Kwinar png 50x50   lub   dominerc png 50x50

Zadanie rysunkowe 2

Wymyśl własną postać i narysuj ją – dobre zrobić to pod okiem prowadzącego. 

Za to zadanie dostajesz   Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50 Kwinar png 50x50

Esital niech nas prowadzi!

Dominatica Esital PNG przezroczysty poziomy

Skrymfo!